Myślę, że bez wahania
mogę stwierdzić, że nie ma dnia, w którym do mojej głowy nie
wpadłby jakiś świetny (w moim mniemaniu) pomysł. Nagłe
oświecenie, że chcę coś robić, czegoś się nauczyć albo czegoś
spróbować pojawia się zazwyczaj wtedy, kiedy mam mnóstwo pracy i
totalnie nie mam czasu na oddawanie się przyjemnościom.
Tak to właśnie
wyglądało przez ostatni miesiąc, gdy moje studia, nieco bardziej
wymagające niż inne, nie pozwalały mi na chwilę wytchnienia.
Próby nauczenia się kręcenia hula hopem, ambitne plany regularnego
pisania czy niedawno ponownie rozpoczęte treningi badmintona zostały
odłożone w kąt i ustąpiły miejsca syzyfowej pracy, jaką jest
walka z projektami i zaliczeniami na architekturze. Po kilkunastu, a
może już kilkudziesięciu nieprzespanych nocach, zszarganych
nerwach, stresach i milionach godzin spędzonych przed komputerem,
zaczęłam się zastanawiać, jaki te wysiłki mają sens i czy
efekty tej ciężkiej pracy wnoszą w moje życie jakąkolwiek
satysfakcję. Czy zajeżdżanie się, żeby tylko wypełnić
narzucone z góry obowiązki jest dobrym wyborem i czy może nie
lepiej rzucić to wszystko i oddać się temu, co sprawia mi
przyjemność.
O tego typu rozmyślania
o wiele łatwiej w okresie sesji, gdy wszyscy studenci poddają się
ogólnie panującej panice i z zaciętością walczą o zdanie
kolejnego semestru. Ciążąca nad nimi świadomość, że należałoby
się postarać, zakończyć zmagania na należytym poziomie, kłóci
się z chęcią zrobienia czegoś ciekawego, wyjścia z domu. Do tego
dochodzi ogólne zmęczenie, na które już nic nie działa, łzy
bezsilności i coraz szybciej zbliżający się deadline. Prawda jest
jednak taka, że niezależnie czy jesteśmy na studiach, w innego
rodzaju szkole, czy już pracujemy, każdemu z nas trudno jest
pogodzić przyjemności i obowiązki. Często wir pracy tak nas
wciąga, że zapominamy o całym świecie. Zaczynamy patrzeć na
wszystko tylko przez pryzmat tej jednej płaszczyzny w życiu, jaką
jest rozwój zawodowy i zapętlamy się w niekończących dążeniach
do osiągnięcia sukcesu w firmie czy na uczelni. Motywujemy się
chęcią większych zarobków czy lepszych perspektyw w przyszłości,
ale zapominamy o tym, że żyjemy tu i teraz, a to, co robimy na co
dzień wpływa na nasze samopoczucie. Jeśli rezygnujemy z czasu dla
siebie i z możliwości rozwijania swoich pasji i zainteresowań na
rzecz potencjalnych osiągnięć w przyszłości, istnieje duża
szansa, że w pewnym momencie do naszego życia wtargnie frustracja,
zgorzkniałość i wypalenie.
Od dawna nurtuje mnie
pytanie, jak osiągnąć stan równowagi, by racjonalnie pogodzić
przyjemności z obowiązkami. Jak nie dać się presji, która
atakuje zewsząd i sprawia, że zaczynamy się martwić naszą
przyszłością, szczególnie w kontekście materialnym? Tym, dla
których pasja jest jednocześnie sposobem zarobku albo ścieżką
naukową, można tylko zazdrościć. Natomiast dla innych, którzy
wciąż szukają tego, co kochają, skupianie się tylko na
obowiązkach do niczego dobrego nie prowadzi. Zajmowanie się tym, co
nie do końca nam się podoba, podczas gdy w głowie mamy wizję
oddawania się innym czynnościom, na które nie możemy sobie
pozwolić, tylko zmniejsza naszą efektywność i psuje nastawienie.
Ale jak w natłoku pracy znaleźć odpowiednio dużo czasu na rzeczy,
które chcemy robić? Jak pomimo wielu demotywujących czynników,
wciąż mieć energię, żeby to swoje życie wzbogacać o nowe
doznania i doświadczenia?
Czasami wydaje mi się,
że to wszystko zakodowane jest w naszej podświadomości. Nasza
mentalność sugeruje nam, że tylko praca może przynieść nam
prawdziwą satysfakcję. Jednak w rzeczywistości rzadko kiedy tak
jest. To te małe rzeczy, które sprawiają nam przyjemność,
motywują nas najbardziej, a sukcesy w dziedzinach, którymi jesteśmy
zainteresowani sprawią, że wszystko inne będzie nam lepiej
wychodzić. Trzeba nauczyć się dostrzegać swoje własne potrzeby.
Nie odrzucać pomysłów i pasji, tylko dlatego, że wydaje nam się,
że nie mamy na nie czasu. Trzeba uwierzyć w to, że możemy robić
wszystko, jeśli tylko jesteśmy wystarczająco zmobilizowani. Trzeba
również wiedzieć, kiedy powiedzieć „stop” nie tylko
obowiązkom, ale i przyjemnościom, które przejmują kontrolę, bo
mimo że życie to coś więcej niż tylko praca, to dzięki niej
często zyskujemy nowe możliwości. Nie można jej ignorować czy
doprowadzać do zaległości, które w pewnym momencie są nie do
ogarnięcia. Lepiej czasami zacisnąć zęby i zrobić to, co ma się
do zrobienia, by później móc robić to, na co się ma ochotę.
W wirze obowiązków i
szaleństwie życia codziennego trzeba jednak pamiętać, że czasami
warto zrobić sobie przerwę i wziąć oddech. Odpocząć sobie,
troszkę się poobijać i spędzić czas na przyjemnościach, by
potem z nową siłą zmierzyć się z kolejnym zadaniem. Na przyjemne
spędzanie czasu wcale nie trzeba sobie zasłużyć godzinami
ciężkiej pracy, należy jednak zaleźć sposób, by pogodzić jedno
z drugim i się nie wypalić. Nikt z nas nie chce być zgorzkniałym
człowiekiem, który na starość żałuje, że nie robił czegoś,
co kocha, bo oddał się w całości pracy. Dlatego gdy już brakuje
sił i motywacji do działania, zróbmy przerwę, na chwilę
zapomnijmy o czekających obowiązkach i oddajmy się błogiemu lenistwu albo nowo wymyślonym pomysłom.
Bo nie żyje się po to,
by pracować, ale pracuje się po to, żeby żyć i robić to, co nam
się żywnie podoba!
Izka
A co Cię ciągnęło na te studia ? Mama ? Przymus? Chęć dobrej pracy po niej ? Jeśli szukasz spełnienia i być może ciekawego pomysłu na życie to polecam Ci School of form. Nie wiem czy masz to samo co ja ale ja się bardzo denerwuje jak ktoś wciska mi teorie a ona po prostu nie działa. Bo w teorii nic nie nie działa a w praktyce nie wiadomo dlaczego. A jak się połączy teorię z praktyką to nic nie działa i nikt nie wie dlaczego . Wracając . Moją inspirację odkryłem na innej uczelni na wolnym wykładzie. Praktycy to ktoś kto tworzy teraźniejszość i słuchając ich i obracając się wokół nich można często znaleźć nawet pomysł na życie.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
W z Wawy ;)
Na studia ciągnął mnie impuls i zapewnienia, że to świetny wybór. Prawda jest taka, że niewiele licealistów wie, na co się pisze, idąc na taki, a nie inny kierunek. No, ale może nie jest aż tak źle, bo wciąż to robię i wciąż nie mam pojęcia, co innego w zamian mogłabym wybrać. :)
OdpowiedzUsuńDzięki za inspirację, W!