Translate

sobota, 27 lipca 2013

WŁADZA.

       Władza kusi. Posiadanie autorytetu wśród innych jest kąskiem, na który bez wątpienia łaszą się wszyscy. Można się z tym stwierdzeniem nie zgadzać, jednak prawda jest taka, że nawet najbardziej ulegli z nas, nie mieliby nic przeciwko, gdyby inni robili to, co uważamy za odpowiednie. Pod tym względem jesteśmy nieco egoistyczni. Wszyscy wolą myśleć, że są nieomylni oraz zawsze postępują słusznie, dlatego też każdy bez problemu widziałby się w roli lidera.
           Ile razy, pracując w grupie, przechodzi nam po głowie myśl: „sam zrobiłbym to milion razy lepiej”? Ile razy wykłócamy się o jakieś rozwiązania, tylko dlatego, że chcemy, aby nasz pomysł wybrano? Jak często na naszych twarzach pojawia się uśmiech zadowolenia, gdy to nasze zdanie zostanie docenione, a innych nie? Wszyscy jesteśmy w głębi duszy trochę próżni i narcystyczni, dlatego wizja posiadania kontroli nad czymkolwiek, jest dla nas tak kusząca. A więc szukamy w życiu tego, co da nam poczucie władzy i autonomii. Być może przez to, że tak wiele jest aspektów, na które nie mamy żadnego wpływu, potrzebujemy choć kilku rzeczy, które sprawią, że będziemy się czuć jakby nic nie było w stanie się nam przeciwstawić.
          Niezależnie od tego, ile mamy lat i w jakim momencie życia właśnie się znajdujemy, zawsze znajdzie się coś, nad czym mamy niebywałą kontrolę. Największą satysfakcję daje nam jednak możliwość wpływania innych. Może być to zwierzak, którego chcemy wytresować, by był nam posłuszny. Rówieśnicy, którzy patrzą na nas i są podatni na działanie tego, co robimy. Są to dzieci, które wychowujemy, pracownicy, którymi kierujemy. Czasami jest to kwestia siły naszego charakteru, który sam w sobie w pewien sposób wymusza posłuszeństwo, a czasem jest to tylko i wyłącznie zasługa pozycji, na której się znajdujemy. Niezależnie jednak od tego, z czego nasza władza wynika, ważniejsze jest to, jak tę władzę wykorzystujemy.
            Prawdopodobnie wielu z nas, jeśli nie wszyscy, nie raz znalazło się w sytuacji, gdy to nam kazano się podporządkować. Gdy ktoś w taki czy inny sposób wykorzystał na nas to, że ma więcej autonomii i praw. Mogło to być w dziekanacie, gdy usilnie staraliśmy się załatwić jakąś sprawę, w pracy, gdy próbowaliśmy dostać wypłatę za nadgodziny czy w jakimkolwiek innym miejscu, w którym powodzenie naszego przedsięwzięcia zależało od decyzji innej osoby. Niejednokrotnie spotkałam się z tym, że ludzie wykorzystują swoje stanowisko i pewne przywileje z nim związane tylko dlatego, że po prostu mogą. Być może bezwiednie, ale jednak, utrudniają życie i pracę innym, ponieważ mogą sobie na to pozwolić i w pewien sposób czerpią satysfakcję z tego, że od ich decyzji czy polecenia zależy los drugiej osoby. Ale nasuwa mi się pytanie – czy takie zachowanie przynosi cokolwiek oprócz krótkotrwałego uczucia władzy i autorytetu?
       Posłuszeństwo innych może być źródłem niesamowitej mocy. Może dodawać pewności siebie i napędzać do działania. Jednak jeśli nasze stanowisko wykorzystamy w nieodpowiedni sposób, niesamowicie łatwo przywództwo przeradza się w tyranię. A czym jest władza, jeśli nie ma się szacunku wśród tych, nad którymi chce się ją sprawować? To od nas zależy, jakim liderem będziemy oraz jak nasz autorytet wykorzystamy. Możemy dyktować warunki, myśląc o własnych korzyściach, z ciekawości kierować ruchami innych, by wykonywali nasze polecenia. Możemy bez wahania sterować innymi jak marionetkami.
        Ale jest jeszcze inna droga. Możemy zachęcać do działania, motywować do pracy. Inspirować i podnosić na duchu. Możemy wykorzystywać naszą moc oddziaływania na innych tak, by i oni czerpali z tego korzyści. Możemy otaczać ludzi opieką, troszczyć się o nich i nieść potrzebną pomoc. Bo najlepsi liderzy nie wydają poleceń i nie kierują bezpośrednio, ale raczej wspierają i nadzorują, dając szansę rozwoju i zapewniając ciągłe wyzwania. 


Od nas tylko zależy, którą drogą zechcemy podążać.


Izka

czwartek, 4 lipca 2013

PIĘKNE CHWILE.

       Są dwa rodzaje pięknych momentów. Takie, gdy najchętniej przestalibyśmy mrugać w obawie, że coś niesamowitego nam umknie oraz te, gdy tak bardzo chcemy zamknąć oczy i delektować się pięknem danej chwili.
      Nie jestem fanką wysokich temperatur i z wielu powodów lato mogłoby być moją najmniej ulubioną porą roku, jednak jest to jedyny okres, kiedy te dwa rodzaje pięknych chwil łączą się dla mnie w całość.
     Wiele ludzi uważa, że Polska to kraj pełen szarości, że brak mu koloru (nie wliczając pstrokatych domków, bloków w esy-floresy i innych równie gustownych rozwiązań architektonicznych). I ja często się z nimi zgadzam. Szczególnie, gdy przez trzy czwarte roku za oknem jest na tyle zimno, mokro i nieprzyjemnie, że rzadko kto ma ochotę wychodzić z domu, a humor z założenia jest nieco gorszy. Ale w końcu wychodzi słońce, pogoda się zmienia i nagle wszystko się budzi do życia. Wszystko wokół kwitnie i zyskuje nową energię – nie tylko przyroda, ale i ludzie.
       W takie dni największą przyjemność sprawiają mi samotne wycieczki rowerowe. Uwielbiam narzucić sobie tempo i z werwą pedałować przez wsie, pola i lasy w moich rodzinnych stronach. Zmieniający się krajobraz miga w wakacyjnym słońcu. Domy już nie wydają się pstrokate, pola już nie są bezbarwne. Podziwiam paletę kolorów, które rozlewają się na łąkach. Żółcie, zielenie i beże. Wokół rozprzestrzenia się zapach kwitnących w słońcu kwiatów, ciepłego powietrza i lasu, do którego zaraz wjadę. Mój przyspieszony oddech, rozwiewane przez wiatr włosy, odgłos obracających się kół i pękających szyszek dopełniają całości. Mimo że dyszę ze zmęczenia, jadąc tak szybko jak mogę, na mojej twarzy zawsze pojawia się uśmiech. W głowie następuje niezwykły porządek, a dźwięk szumiącego w uszach wiatru, oczyszcza duszę z wszelkich trosk. Nie mogę się napatrzeć na otaczające mnie widoki - na kołyszące się źdźbła zbóż, migoczące pomiędzy liśćmi drzew promienie słońca, na czerwień maków kryjących się wśród traw. Rzeczy które choć nie są niczym nadzwyczajnym, w tej swojej pospolitości urzekają mnie jak nic innego.
        Nie jadę jednak bez celu. Wjeżdżam na leśną ścieżkę, żeby uniknąć piekącego moje policzki słońca. Przedzieram się przez gąszcz drzew, których gałęzie muskają moje ręce i nogi. Nie zwalniam tempa, choć ścieżki są kręte i wyboiste. Z oddali dobiegają mnie odgłosy życia codziennego – pracujących w ogrodach mieszkańców, przejeżdżających samochodów, bawiących się w słońcu zwierzaków. Robię głębokie wdechy, zaciągając się unoszącym się w powietrzu zapachem sosen. Bez wahania wybieram trasę, nie martwiąc się, że się zgubię, bo przecież jeżdżę tymi ścieżkami od lat.
          Moja trasa powoli dobiega końca, choć jeszcze nie jestem na miejscu. Moim oczom ukazuje się jezioro. Najpierw pierwsze, najmniejsze i najmniej uczęszczane. Spomiędzy drzew wyłania się połać wody, na drugim brzegu można dostrzec nielicznych wczasowiczów lub pracowników jednego z ośrodków wypoczynkowych. Wysokie drzewa otaczają małe oczko, tworząc specyficzny, kameralny klimat. Przejeżdżam tylko i kieruję się nad największe jezioro. Ono robi wrażenie. W oddali niewyraźnie majaczy przeciwległy brzeg, a bezchmurne niebo odbija się w tafli wody. Wiatr smaga nie tylko moje włosy, ale i żagle pływających po jeziorze łódek. Przy brzegu widać kilka z nich, czekających na swoją kolej, podczas gdy woda delikatnie uderza w ich burtę. Nie to mnie jednak zatrzymuje. Zmęczona kilkunastoma kilometrami w pełnym słońcu, szybko pedałuję w kierunku średniego jeziora.
         Mimo ogromnego upału, udaję się na plażę. Wokół mnie jest trochę ludzi. Rodzin z pobliskich wsi, wczasowiczów z okolicznych domków letniskowych. Nie zwracając na nich uwagi, rozkładam ręcznik, kładę się i zamykam oczy. Wszystkie dźwięki dochodzą jakby z oddali. Słyszę szum drzew, śmiech bawiących się dzieci, odgłosy pluskających się w jeziorze ludzi. Woda delikatnie przelewa się pomiędzy łodygami rosnących przy brzegu trzcin. Od czasu do czasu udaje się usłyszeć gwizdek ratownika, dźwięk odbijanej przez chłopców piłki albo szept przytulających się w słońcu zakochanych. Ale to nie ma większego znaczenia. Wiatr łagodnie owiewa moje smażące się na słońcu, bezwładne ciało, a ja się tylko uśmiecham.
         O niczym już nie myślę, tylko o tych kolorach i dźwiękach. Obrazy w mojej głowie dopełnia gama odgłosów tętniącego życiem małego kurortu. Moje serce bije szybko, choć jestem rozluźniona i zrelaksowana. Może po prostu kocham wieś. Może po prostu lubię jeździć na rowerze. Ale gdy leżę na tej plaży, zamykam oczy i delektuję się chwilą, to dociera do mnie, jakie to wszystko jest piękne w swojej prostocie. Jacy ci ludzie są cudowni, niezależnie od tego kim są. A moje serce bije akompaniując tej muzyce i wszystko się tak fantastycznie dopełnia.

           I wtedy sobie myślę, że tak strasznie się cieszę, że żyję tu i teraz.


Izka

środa, 3 lipca 2013

PLANY NA PRZYSZŁOŚĆ.

       Coraz więcej moich znajomych wkracza w jakiś sposób w prawdziwe, dorosłe życie. Niektórzy powoli zakładają rodziny, inni myślą o przyszłej karierze i rozkręcają swój biznes, jeszcze inni kończą studia, zmieniają miejsce zamieszkania, zaczynają pracę. Mniej więcej za rok o tej porze, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, i dla mnie coś się zmieni. Będę zmuszona rozpocząć swoje własne dorosłe życie jako pani magister inżynier architekt, czy tego chcę, czy nie chcę. Być może wielkie zmiany nastąpią stopniowo, jednak dziś ten moment wydaje się być naprawdę rewolucyjny.
        Kilka lat temu spodziewałam się, że jak już będę mieć te dwadzieścia-kilka lat, to wszystko będę mieć poukładane w głowie. Ten wiek, koniec studiów, zupełnie nowy etap w życiu wydawał się na tyle odległy, że miałam wrażenie, że będę wtedy zupełnie inną osobą. Jak strasznie się wtedy myliłam. Zawsze wychodziłam z założenia, że należy szukać w życiu pasji, bo tylko ona jest w stanie zapewnić nam satysfakcję i szczęście. Nie pieniądze, nie wielki sukces, ale ta dziedzina, która nam tak przypasuje, że po prostu będziemy chcieli się jej poświęcić. Zawsze też uważałam, że tylko nielicznym udaje się względnie szybko tą pasję znaleźć, a jeszcze rzadziej pokonać lęk, by to właśnie na niej się skupić. Dlatego też próbowałam różnych rzeczy, powoli zbierałam pomysły na siebie, wierząc, że w końcu coś mnie oświeci. I na tym upłynęło tych kilka lat, a ja wciąż jestem tą samą osobą, co kiedyś i nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić. Przynajmniej tak było dotychczas. Ostatnimi czasy jednak zaczynam zmieniać zdanie.
     Mimo że znam osoby, które zdecydowanie minęły się ze swoim powołaniem i robią w życiu coś, czego naprawdę nie lubią, większość moich bliskich mimo wszystko wciąż nie wyobraża sobie siebie robiących coś innego, niż teraz. Mimo wielu trosk i zmartwień związanych z ich ścieżką, nadal są pewni swoich wyborów. Nasuwa mi się więc pytanie, czy moje dotychczasowe przemyślenia były słuszne. Czy należy szukać w życiu tej jednej wielkiej pasji? A jeśli tak, to jak to zrobić i się w tym szukaniu nie zatracić?
      Gdy mam pomóc innym w rozwiązaniu jakiegoś problemu, nie brakuje mi realistycznego spojrzenia, a większość moich znajomych zazwyczaj sądzi, że mam wszystko poukładane i twardo stąpam po ziemi. Prawda jest taka, że gdy mam ogarnąć swoje życie, to delikatnie mówiąc, dość romantycznie do wszystkiego podchodzę. Zastanawiam się, rozmyślam, gdybam. Nie potrafię się zdecydować, co robić, wzdycham, wyczekuję jakiegoś znaku od losu, że podążam w dobrym kierunku. Czasami wpadam w panikę, że wciąż nie znalazłam czegoś dla siebie. Generalnie rzecz ujmując, lubię sobie utrudniać życie i wprowadzać wielki chaos. Średnio raz na dwa tygodnie przeżywam kompletną rewolucję poglądów lub planów, myśląc, że teraz to już na pewno wiem, co chcę w przyszłości robić.
     Ale może się mylę. Może tak naprawdę zero w tym wszystkim romantyzmu. Może to czysta matematyka. Algorytm, na którym po prostu trzeba się skupić i wybrać metodę dojścia do rozwiązania. Może bezsensownie jest szukać tego, co mnie porywa, a czego mogę nigdy nie znaleźć? Może czas na kolejną rewolucję, ale z zupełnie innej strony niż dotychczas?
    Zamiast w nieskończoność sprawdzać się w nowych sytuacjach i testować nowe dziedziny w poszukiwaniu tej jedynej, lepiej potraktować to po prostu jako możliwość uczenia się różnorodnych rzeczy i z niej korzystać. Nie warto podporządkowywać swoich życiowych planów czemuś, co być może nigdy się nie znajdzie. Warto zatrzymać się na chwilę w tym chaosie wątpliwości i zastanowić się, w czym już jestem dobra i jakie umiejętności i cechy charakteru już mam, które mogą umożliwić mi robienie czegoś ciekawego. Bo istnieje duża szansa, że w tej plątaninie myśli czai się jeden dobry pomysł, który się pominęło. Nie ma sensu gdybać i próbować na siłę wywracać swoje życie do góry nogami, bo mimo że uważam, że każdy jeśli tylko chce, może wszystko, to może jednak nie wszystko powinien.
       Dzięki temu, że wiem, jakie są moje mocne strony, jakie umiejętności posiadam i na czym mam się skupić, by je jeszcze bardziej rozwijać, łatwiej dostrzegam to, czego tak długo szukałam. Tę rzecz, w której mogę być naprawdę dobra, bo wiem, że się do niej po prostu nadaję. A jeśli mamy poczucie, że w czymś jesteśmy dobrzy, to o wiele łatwiej o pasję, chęć do dalszego działania i motywację. Dlatego sercowe rozterki odkładam na bok i do życiowych planów podchodzę z głową.

         Ach, żebym tylko nie zmieniła zdania.


Izka