Są dwa rodzaje pięknych
momentów. Takie, gdy najchętniej przestalibyśmy mrugać w obawie,
że coś niesamowitego nam umknie oraz te, gdy tak bardzo chcemy
zamknąć oczy i delektować się pięknem danej chwili.
Nie jestem fanką
wysokich temperatur i z wielu powodów lato mogłoby być moją
najmniej ulubioną porą roku, jednak jest to jedyny okres, kiedy te
dwa rodzaje pięknych chwil łączą się dla mnie w całość.
Wiele ludzi uważa, że
Polska to kraj pełen szarości, że brak mu koloru (nie wliczając
pstrokatych domków, bloków w esy-floresy i innych równie
gustownych rozwiązań architektonicznych). I ja często się z nimi
zgadzam. Szczególnie, gdy przez trzy czwarte roku za oknem jest na
tyle zimno, mokro i nieprzyjemnie, że rzadko kto ma ochotę
wychodzić z domu, a humor z założenia jest nieco gorszy. Ale w
końcu wychodzi słońce, pogoda się zmienia i nagle wszystko się
budzi do życia. Wszystko wokół kwitnie i zyskuje nową energię –
nie tylko przyroda, ale i ludzie.
W takie dni największą
przyjemność sprawiają mi samotne wycieczki rowerowe. Uwielbiam
narzucić sobie tempo i z werwą pedałować przez wsie, pola i lasy
w moich rodzinnych stronach. Zmieniający się krajobraz miga w
wakacyjnym słońcu. Domy już nie wydają się pstrokate, pola już
nie są bezbarwne. Podziwiam paletę kolorów, które rozlewają się
na łąkach. Żółcie, zielenie i beże. Wokół rozprzestrzenia się
zapach kwitnących w słońcu kwiatów, ciepłego powietrza i lasu,
do którego zaraz wjadę. Mój przyspieszony oddech, rozwiewane przez
wiatr włosy, odgłos obracających się kół i pękających szyszek
dopełniają całości. Mimo że dyszę ze zmęczenia, jadąc tak
szybko jak mogę, na mojej twarzy zawsze pojawia się uśmiech. W
głowie następuje niezwykły porządek, a dźwięk szumiącego w
uszach wiatru, oczyszcza duszę z wszelkich trosk. Nie mogę się
napatrzeć na otaczające mnie widoki - na kołyszące się źdźbła
zbóż, migoczące pomiędzy liśćmi drzew promienie słońca, na
czerwień maków kryjących się wśród traw. Rzeczy które choć
nie są niczym nadzwyczajnym, w tej swojej pospolitości urzekają
mnie jak nic innego.
Nie jadę jednak bez
celu. Wjeżdżam na leśną ścieżkę, żeby uniknąć piekącego
moje policzki słońca. Przedzieram się przez gąszcz drzew, których
gałęzie muskają moje ręce i nogi. Nie zwalniam tempa, choć
ścieżki są kręte i wyboiste. Z oddali dobiegają mnie odgłosy
życia codziennego – pracujących w ogrodach mieszkańców,
przejeżdżających samochodów, bawiących się w słońcu
zwierzaków. Robię głębokie wdechy, zaciągając się unoszącym się w powietrzu zapachem
sosen. Bez wahania wybieram trasę, nie martwiąc się, że się
zgubię, bo przecież jeżdżę tymi ścieżkami od lat.
Moja trasa powoli
dobiega końca, choć jeszcze nie jestem na miejscu. Moim oczom ukazuje się jezioro. Najpierw pierwsze,
najmniejsze i najmniej uczęszczane. Spomiędzy drzew wyłania się
połać wody, na drugim brzegu można dostrzec nielicznych
wczasowiczów lub pracowników jednego z ośrodków wypoczynkowych.
Wysokie drzewa otaczają małe oczko, tworząc specyficzny, kameralny
klimat. Przejeżdżam tylko i kieruję się nad największe jezioro.
Ono robi wrażenie. W oddali niewyraźnie majaczy przeciwległy
brzeg, a bezchmurne niebo odbija się w tafli wody. Wiatr smaga nie
tylko moje włosy, ale i żagle pływających po jeziorze łódek.
Przy brzegu widać kilka z nich, czekających na swoją kolej,
podczas gdy woda delikatnie uderza w ich burtę. Nie to mnie jednak
zatrzymuje. Zmęczona kilkunastoma kilometrami w pełnym słońcu,
szybko pedałuję w kierunku średniego jeziora.
Mimo ogromnego upału,
udaję się na plażę. Wokół mnie jest trochę ludzi. Rodzin z
pobliskich wsi, wczasowiczów z okolicznych domków letniskowych. Nie
zwracając na nich uwagi, rozkładam ręcznik, kładę się i zamykam
oczy. Wszystkie dźwięki dochodzą jakby z oddali. Słyszę szum
drzew, śmiech bawiących się dzieci, odgłosy pluskających się w
jeziorze ludzi. Woda delikatnie przelewa się pomiędzy łodygami
rosnących przy brzegu trzcin. Od czasu do czasu udaje się usłyszeć
gwizdek ratownika, dźwięk odbijanej przez chłopców piłki albo
szept przytulających się w słońcu zakochanych. Ale to nie ma
większego znaczenia. Wiatr łagodnie owiewa moje smażące się na
słońcu, bezwładne ciało, a ja się tylko uśmiecham.
O niczym już nie myślę,
tylko o tych kolorach i dźwiękach. Obrazy w mojej głowie dopełnia
gama odgłosów tętniącego życiem małego kurortu. Moje serce bije
szybko, choć jestem rozluźniona i zrelaksowana. Może po prostu
kocham wieś. Może po prostu lubię jeździć na rowerze. Ale gdy
leżę na tej plaży, zamykam oczy i delektuję się chwilą, to
dociera do mnie, jakie to wszystko jest piękne w swojej prostocie.
Jacy ci ludzie są cudowni, niezależnie od tego kim są. A moje
serce bije akompaniując tej muzyce i wszystko się tak fantastycznie
dopełnia.
I wtedy sobie myślę,
że tak strasznie się cieszę, że żyję tu i teraz.
Izka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz