Translate

czwartek, 4 lipca 2013

PIĘKNE CHWILE.

       Są dwa rodzaje pięknych momentów. Takie, gdy najchętniej przestalibyśmy mrugać w obawie, że coś niesamowitego nam umknie oraz te, gdy tak bardzo chcemy zamknąć oczy i delektować się pięknem danej chwili.
      Nie jestem fanką wysokich temperatur i z wielu powodów lato mogłoby być moją najmniej ulubioną porą roku, jednak jest to jedyny okres, kiedy te dwa rodzaje pięknych chwil łączą się dla mnie w całość.
     Wiele ludzi uważa, że Polska to kraj pełen szarości, że brak mu koloru (nie wliczając pstrokatych domków, bloków w esy-floresy i innych równie gustownych rozwiązań architektonicznych). I ja często się z nimi zgadzam. Szczególnie, gdy przez trzy czwarte roku za oknem jest na tyle zimno, mokro i nieprzyjemnie, że rzadko kto ma ochotę wychodzić z domu, a humor z założenia jest nieco gorszy. Ale w końcu wychodzi słońce, pogoda się zmienia i nagle wszystko się budzi do życia. Wszystko wokół kwitnie i zyskuje nową energię – nie tylko przyroda, ale i ludzie.
       W takie dni największą przyjemność sprawiają mi samotne wycieczki rowerowe. Uwielbiam narzucić sobie tempo i z werwą pedałować przez wsie, pola i lasy w moich rodzinnych stronach. Zmieniający się krajobraz miga w wakacyjnym słońcu. Domy już nie wydają się pstrokate, pola już nie są bezbarwne. Podziwiam paletę kolorów, które rozlewają się na łąkach. Żółcie, zielenie i beże. Wokół rozprzestrzenia się zapach kwitnących w słońcu kwiatów, ciepłego powietrza i lasu, do którego zaraz wjadę. Mój przyspieszony oddech, rozwiewane przez wiatr włosy, odgłos obracających się kół i pękających szyszek dopełniają całości. Mimo że dyszę ze zmęczenia, jadąc tak szybko jak mogę, na mojej twarzy zawsze pojawia się uśmiech. W głowie następuje niezwykły porządek, a dźwięk szumiącego w uszach wiatru, oczyszcza duszę z wszelkich trosk. Nie mogę się napatrzeć na otaczające mnie widoki - na kołyszące się źdźbła zbóż, migoczące pomiędzy liśćmi drzew promienie słońca, na czerwień maków kryjących się wśród traw. Rzeczy które choć nie są niczym nadzwyczajnym, w tej swojej pospolitości urzekają mnie jak nic innego.
        Nie jadę jednak bez celu. Wjeżdżam na leśną ścieżkę, żeby uniknąć piekącego moje policzki słońca. Przedzieram się przez gąszcz drzew, których gałęzie muskają moje ręce i nogi. Nie zwalniam tempa, choć ścieżki są kręte i wyboiste. Z oddali dobiegają mnie odgłosy życia codziennego – pracujących w ogrodach mieszkańców, przejeżdżających samochodów, bawiących się w słońcu zwierzaków. Robię głębokie wdechy, zaciągając się unoszącym się w powietrzu zapachem sosen. Bez wahania wybieram trasę, nie martwiąc się, że się zgubię, bo przecież jeżdżę tymi ścieżkami od lat.
          Moja trasa powoli dobiega końca, choć jeszcze nie jestem na miejscu. Moim oczom ukazuje się jezioro. Najpierw pierwsze, najmniejsze i najmniej uczęszczane. Spomiędzy drzew wyłania się połać wody, na drugim brzegu można dostrzec nielicznych wczasowiczów lub pracowników jednego z ośrodków wypoczynkowych. Wysokie drzewa otaczają małe oczko, tworząc specyficzny, kameralny klimat. Przejeżdżam tylko i kieruję się nad największe jezioro. Ono robi wrażenie. W oddali niewyraźnie majaczy przeciwległy brzeg, a bezchmurne niebo odbija się w tafli wody. Wiatr smaga nie tylko moje włosy, ale i żagle pływających po jeziorze łódek. Przy brzegu widać kilka z nich, czekających na swoją kolej, podczas gdy woda delikatnie uderza w ich burtę. Nie to mnie jednak zatrzymuje. Zmęczona kilkunastoma kilometrami w pełnym słońcu, szybko pedałuję w kierunku średniego jeziora.
         Mimo ogromnego upału, udaję się na plażę. Wokół mnie jest trochę ludzi. Rodzin z pobliskich wsi, wczasowiczów z okolicznych domków letniskowych. Nie zwracając na nich uwagi, rozkładam ręcznik, kładę się i zamykam oczy. Wszystkie dźwięki dochodzą jakby z oddali. Słyszę szum drzew, śmiech bawiących się dzieci, odgłosy pluskających się w jeziorze ludzi. Woda delikatnie przelewa się pomiędzy łodygami rosnących przy brzegu trzcin. Od czasu do czasu udaje się usłyszeć gwizdek ratownika, dźwięk odbijanej przez chłopców piłki albo szept przytulających się w słońcu zakochanych. Ale to nie ma większego znaczenia. Wiatr łagodnie owiewa moje smażące się na słońcu, bezwładne ciało, a ja się tylko uśmiecham.
         O niczym już nie myślę, tylko o tych kolorach i dźwiękach. Obrazy w mojej głowie dopełnia gama odgłosów tętniącego życiem małego kurortu. Moje serce bije szybko, choć jestem rozluźniona i zrelaksowana. Może po prostu kocham wieś. Może po prostu lubię jeździć na rowerze. Ale gdy leżę na tej plaży, zamykam oczy i delektuję się chwilą, to dociera do mnie, jakie to wszystko jest piękne w swojej prostocie. Jacy ci ludzie są cudowni, niezależnie od tego kim są. A moje serce bije akompaniując tej muzyce i wszystko się tak fantastycznie dopełnia.

           I wtedy sobie myślę, że tak strasznie się cieszę, że żyję tu i teraz.


Izka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz