Translate

czwartek, 15 maja 2014

SŁOWIANKI.

     Mimo że wydaje mi się, że patriotyzm i poczucie jakiejkolwiek przynależności powoli zanikają, zaskoczeniem dla mnie jest to, jak wielkim powodzeniem cieszą się ostatnimi czasy utwory o zabarwieniu pro-słowiańskim. Być może nie jest to przejaw dumy ze swojego pochodzenia, a raczej oznaka samouwielbienia, bo w końcu teksty piosenek bez ogródek chwalą fizyczne walory Słowianek. Na pytanie skąd się biorą pomysły na taką, a nie inną formę utworu, padają odpowiedzi, że to wszystko po to, by pokazać (być może nie do końca w poważny sposób), że kobiety to nie tylko piękno, ale i siła, i intelekt. I wszystko byłoby całkowicie w porządku, gdyby nie to, że to nie ma żadnego sensu.
      Oglądając większość powstających ostatnio teledysków i reklam, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ta siła i intelekt nie ma tu nic do rzeczy. Wszystko przepełnione jest, owszem, przyjemnymi dla oka obrazami, ale zdecydowanie nie powoduje rozmyślań o tym, jak oczytane i obyte są wijące się tancerki. Po co więc tłumaczenie, że pokazanie falujących biustów i dość dwuznacznych choreografii, ma na celu ukazanie, jak bogata intelektualnie jest nasza kultura. Czy wiara w to, że odsłanianie biustu lub noszenie szokująco krótkich spodenek rzeczywiście jest dowodem mądrości i siły, nie jest tak naprawdę objawem głupoty? Trudno jest mi uwierzyć, że moje IQ ma jakikolwiek wpływ na jędrność moich pośladków i kształt piersi oraz że stopień zaawansowania mojego negliżu świadczy o moim niebywałym intelekcie i sile mojego charakteru. Prawda jest taka, że jeśli decyduję się pokazać w jakiś szczególny sposób swoje atuty, to na pewno nie dlatego, że chcę podkreślić, jak bardzo jestem inteligentna, a raczej dlatego, że chcę przykuć czyjąś uwagę. Przyciągnąć wzrok, pokazać to, „co mama w genach dała”. Podciąganie do tego jakiejkolwiek innej teorii totalnie mija się z celem.
     Nasuwa mi się, jako jednej z zachwalanych Słowianek, pytanie: dlaczego w ogóle nachodzi mnie czasami ochota pokazywania mniejszej lub większej części mojego kobiecego ciała? Czy to rzeczywiście doprowadzi do tego, że kiedy już ktoś się napatrzy na moje kształty, to w końcu doceni moją osobowość? Nie sądzę. Jedynym trafnym wnioskiem jest to, że również ja padłam ofiarą współczesnych „wymogów” dotyczących tego, jak kobieta powinna wyglądać, aby postrzegano ją jako atrakcyjną i interesującą. Jak powinna się prezentować (albo może kreować), by ktoś ją dostrzegł, docenił i szanował. Jeśli jedynym sposobem popularnych artystów na pokazanie zalet (również tych intelektualnych) słowiańskich kobiet jest pokazanie w zwolnionym tempie ich kuso odzianych pośladków, to jako jedna z wielu kobiet, muszę w końcu poddać się myśli, że to właśnie to, czym obdarzyła mnie natura definiuje moją jakość.
     Myślę, że w dzisiejszych czasach niezwykle trudno jest być kobietą. Każda z nas, niezależnie od tego kim jest, jak wygląda i ile ma lat, odczuwa niesłychaną presję, by zbliżyć się choć trochę do ideału kobiecości. I co śmieszne, dla większości ten ideał jest prawie taki sam i tak samo niedościgniony. Nogi muszą być długie i smukłe, ale nie za chude i niezbyt kościste. Brzuch płaski, ale tyłek wypukły. Sylwetka powinna być wysportowana, ale niezbyt umięśniona i też nie za szczupła. Jednocześnie, przy filigranowej posturze, biust powinien być raczej obfity, ale nie za duży, bo to też nie dobrze - w końcu nic nie może obwisać i nic nie może się marszczyć. Kolor włosów jest nieistotny, dopóki są piękne, długie, gęste i błyszczące. Paznokcie zawsze idealne, oczy, usta i nosek bez skazy. Idealna kobieta się nigdy nie poci, nie męczy, zawsze ma dobry humor, a na jej twarzy widnieje szczery uśmiech pełen perfekcyjnych, białych zębów. Wszystko to niezależnie od pory dnia i nocy. W podświadomości mamy zakodowane, że to, jakie teraz jesteśmy, jest od tego ideału niezwykle dalekie, więc zadręczamy się dzień w dzień tysiącem wyrzeczeń, restrykcji, porannych rytuałów, podczas których topimy się w oceanie kompleksów i złych myśli. Bo przecież wciąż jest źle, wciąż tak daleko do upragnionego wyglądu. I jak tu nie zwariować?!
     Choć piękno zewnętrzne powinno być mniej istotne niż to, co mamy w głowach, trudno jest o tym pamiętać, gdy wokół pełno znaków, że to właśnie w nasz wygląd powinno się więcej inwestować niż w nasz umysł. Kiedy artyści mówią o sile i intelekcie polskich kobiet, po czym oglądając ich teledyski dostaje się oczopląsu od trzęsących się pup, to trudno się oprzeć wrażeniu, że to właśnie te nasze tyłki i biusty reprezentują to, kim w rzeczywistości jesteśmy. Przy takim przekazie przynajmniej mój umysł się wyłącza i mimo usilnych prób docenienia tekstu utworu i intencji autorów, myśli zaczynają krążyć gównie wokół tego, że w przeciwieństwie do mnie, pokazane w klipie tancerki nie mają cellulitu. I tak błędne koło się zamyka.
     Nie mam nic przeciwko pokazywaniu swoich atutów, byciu sexy i celebrowaniu swojej kobiecości. Jestem wrażliwa na piękno, również ludzkiego ciała. Jednak będąc młodą kobietą, która jest czymś więcej niż tylko tym, co ma z przodu i z tyłu, czasami wydaje mi się, że powoli zapominamy, co tak naprawdę jest w każdym z nas ważne oraz że istnieje wiele sposobów, żeby zaprezentować swoje piękno – nie tylko to zewnętrzne, ale też siłę, mądrość i niepowtarzalność. Media, które wysyłają tak mylny przekaz, manipulują nas do postrzegania siebie nawzajem w zupełnie nieodpowiednich kategoriach. Kreując taki obraz kobiet wpływają na to, jak patrzą na nas mężczyźni i jak patrzymy na siebie same. I właśnie przez to, zamiast cieszyć się z tego, co mamy, jakie jesteśmy i co rzeczywiście dostałyśmy w genach, ciągle czujemy się gorsze i ciągle wydaje nam się, że to, jak wyglądamy jest ważniejsze od naszej osobowości. Warto się zastanowić, czy przypadkiem nie dajemy się zwieść na złą drogę, bo mimo że taka wizja kobiet może być tylko żartobliwą karykaturą, to i tak ukazuje w dużej mierze prawdziwy obraz tego, jak widzą i czego oczekują od nas inni. Ja osobiście wolę wierzyć, że rzeczywiście wywodzę się z kultury pełnej znających swoją prawdziwą wartość, mądrych i silnych kobiet, a nie tylko cycatych i „rozgrzewających jak wódka”.
   
    Szkoda tylko, że o istnieniu tych mniej widocznych zalet trzeba dodatkowo wspominać albo bezskutecznie doszukiwać się ich wśród trzęsących się biustów.

Izka

piątek, 3 stycznia 2014

POSTANOWIENIA.

        Nowy rok bywa dla wszystkich czymś wyjątkowym. Nie chodzi oczywiście o jeden konkretny dzień, który poprzedza niezapomniana impreza (chociaż i ten sposób zaakcentowania „nowego początku” coś w sobie ma). Świadomość zakończenia kolejnego rozdziału w swoim życiu, jakim był dany rok, sprawia, że ten nadchodzący napawa każdego z nas nadzieją na zmiany, nowości i kolejne niesamowite przygody.
      Dla wielu z nas jest to moment, w którym najlepiej jest rozpocząć pracę nad postanowieniami - stosowania diety cud, misji czytania większej ilości książek, regularnego chodzenia na siłownię, bycia lepszym człowiekiem, podjęcia trudnych życiowych decyzji. Niezależnie od tego, co nas dręczyło w roku poprzednim, mamy nadzieję, że rok kolejny będzie lepszy, bardziej udany, bardziej bogaty w sukcesy. Dla wielu jednak praca nad postanowieniami to po prostu walka z wiatrakami. Wystarczy dzień, tydzień, miesiąc, a wszystkie plany idą w kąt.
       Zastanawiam się czasami dlaczego tak jest. Dlaczego tak często nie potrafimy wytrwać w swoich postanowieniach. Dlaczego wprowadzanie nawet najmniejszych zmian okazuje się tak trudne.
       Często żyjemy przeszłością albo nadmiernie skupiamy się na problemach teraźniejszości. Snujemy plany, ale jesteśmy na tyle ich niepewni, że często brakuje nam odwagi, by je realizować. Uczepiamy się przeszłości, bo ona jest bezpieczna. Wszystko, co miało nas zaskoczyć, już nas zaskoczyło, już przeszliśmy do porządku dziennego z wszystkim tym, co nas spotkało. Emocje – te złe i dobre – opadły i możemy bez obaw, na spokojnie poukładać sobie swoje dotychczasowe życie. Właśnie dlatego najtrudniej jest się pożegnać z przeszłością i teraźniejszością. Przyszłość jest niepewna, pełna niespodzianek, rozterek. Nieważne jak dokładnie sobie wszystko zaplanujemy, możemy być pewni, że na naszej drodze, prędzej czy później, pojawią się jakieś przeciwności. Mimo że wykres szczęścia w życiu jest raczej funkcją sinusoidalną, a przez większość czasu ma się wrażenie, że los się odmieni, są rzeczy których jednak uniknąć się nie da. I nie we wszystkich rzeczach da się znaleźć jakiś pozytyw, który pozwoli się odbić od dna.
   Ta świadomość nieuchronnego niepowodzenia, a może raczej czyhającej gdzieś przeciwności, doprowadza nas do przedwczesnej paranoi. Co będzie, jeśli coś nam nie wyjdzie? Co jeśli plan A, B i C zawiedzie? Jak kierować swoim życiem, by marnować jak najmniej czasu na pomyłki? Co, jeśli coś nas ominie?
        Wydaje mi się, że żyjemy w czasach, w których generowanie obrazu przyszłości kreuje niewyobrażalną presję. W czasach, w których, szczególnie młodzi ludzie, żyją w ciągłej obawie o to, jak będzie wyglądało ich życie za miesiąc, rok i więcej. Wisi nad nami niezniszczalna chmura zmartwień, którą generuje nie tylko nasze otoczenie, ale również my sami, chcąc sprostać wymaganiom, które stawia nam życie w takim, a nie innym świecie. Dlatego nie wybiegamy zbyt daleko w przyszłość. Żyjemy tu i teraz. Owszem, chwytamy się postanowień noworocznych, ale i tak w większości przypadków mamy świadomość, że nie będzie to trwać długo. Planujemy swoje życie do jakiegoś czasu – do końca semestru, pobytu w danym miejscu, jakiegoś charakterystycznego punktu w najbliższej przyszłości. Zamiast patrzeć w siną dal, patrzymy raczej pod nogi albo dwa metry w przód, czasami oglądając się za siebie.
      Trudno powiedzieć, czy coś w tym złego, szczególnie z perspektywy ofiary tej unoszącej się wokół presji. Z jednej strony mam poczucie, że się nie skupiam na tym, co będzie, że się za wcześniej poddaję, jeśli chodzi o moje pomysły i plany, że marnuję czas na głupoty, zamiast umiejętnie pracować nad strategią podboju świata w moim dorosłym życiu. Z drugiej strony jednak mam anarchistyczną ochotę „olania systemu” i delektowania się chwilą obecną. Kosztowania dobrego jedzenia i trunków, podziwiania uroków przyrody, obserwowania ludzi wokół mnie. Odsuwam myśli o planowaniu mojej przyszłości... w przyszłość. Hamuję trochę, zanim włączę się do tego życiowego wyścigu, ustępuję pierwszeństwa – wydarzeniom, które mogą zmienić mój tor i ludziom, którzy już wiedzą, czego chcą.
        Bo na razie to, co widzę na początku tego roku, to niezliczona ilość możliwości i niewiadomych. I już wiem, że nie uniknę jazdy pod górkę. Jednak dopóki mogę, korzystam z chwilowego postoju, rozglądam się dookoła i podziwiam to, co widzę. Nie patrzę już jednak zbyt dużo na to, co przejechałam, zamiast zawracać się i krążyć, wspominam drogę, ale patrzę do przodu. Mając w głowie kilka nowych postanowień (z mocnym postanowieniem realizacji pomysłów i planów na czele), szykuję się do dzikiej jazdy w potencjalnie najbardziej przełomowy rok w życiu, z zamysłem podjęcia kilku ważnych decyzji po drodze.
         
         A jak to wyjdzie, to się okaże.


Izka

sobota, 27 lipca 2013

WŁADZA.

       Władza kusi. Posiadanie autorytetu wśród innych jest kąskiem, na który bez wątpienia łaszą się wszyscy. Można się z tym stwierdzeniem nie zgadzać, jednak prawda jest taka, że nawet najbardziej ulegli z nas, nie mieliby nic przeciwko, gdyby inni robili to, co uważamy za odpowiednie. Pod tym względem jesteśmy nieco egoistyczni. Wszyscy wolą myśleć, że są nieomylni oraz zawsze postępują słusznie, dlatego też każdy bez problemu widziałby się w roli lidera.
           Ile razy, pracując w grupie, przechodzi nam po głowie myśl: „sam zrobiłbym to milion razy lepiej”? Ile razy wykłócamy się o jakieś rozwiązania, tylko dlatego, że chcemy, aby nasz pomysł wybrano? Jak często na naszych twarzach pojawia się uśmiech zadowolenia, gdy to nasze zdanie zostanie docenione, a innych nie? Wszyscy jesteśmy w głębi duszy trochę próżni i narcystyczni, dlatego wizja posiadania kontroli nad czymkolwiek, jest dla nas tak kusząca. A więc szukamy w życiu tego, co da nam poczucie władzy i autonomii. Być może przez to, że tak wiele jest aspektów, na które nie mamy żadnego wpływu, potrzebujemy choć kilku rzeczy, które sprawią, że będziemy się czuć jakby nic nie było w stanie się nam przeciwstawić.
          Niezależnie od tego, ile mamy lat i w jakim momencie życia właśnie się znajdujemy, zawsze znajdzie się coś, nad czym mamy niebywałą kontrolę. Największą satysfakcję daje nam jednak możliwość wpływania innych. Może być to zwierzak, którego chcemy wytresować, by był nam posłuszny. Rówieśnicy, którzy patrzą na nas i są podatni na działanie tego, co robimy. Są to dzieci, które wychowujemy, pracownicy, którymi kierujemy. Czasami jest to kwestia siły naszego charakteru, który sam w sobie w pewien sposób wymusza posłuszeństwo, a czasem jest to tylko i wyłącznie zasługa pozycji, na której się znajdujemy. Niezależnie jednak od tego, z czego nasza władza wynika, ważniejsze jest to, jak tę władzę wykorzystujemy.
            Prawdopodobnie wielu z nas, jeśli nie wszyscy, nie raz znalazło się w sytuacji, gdy to nam kazano się podporządkować. Gdy ktoś w taki czy inny sposób wykorzystał na nas to, że ma więcej autonomii i praw. Mogło to być w dziekanacie, gdy usilnie staraliśmy się załatwić jakąś sprawę, w pracy, gdy próbowaliśmy dostać wypłatę za nadgodziny czy w jakimkolwiek innym miejscu, w którym powodzenie naszego przedsięwzięcia zależało od decyzji innej osoby. Niejednokrotnie spotkałam się z tym, że ludzie wykorzystują swoje stanowisko i pewne przywileje z nim związane tylko dlatego, że po prostu mogą. Być może bezwiednie, ale jednak, utrudniają życie i pracę innym, ponieważ mogą sobie na to pozwolić i w pewien sposób czerpią satysfakcję z tego, że od ich decyzji czy polecenia zależy los drugiej osoby. Ale nasuwa mi się pytanie – czy takie zachowanie przynosi cokolwiek oprócz krótkotrwałego uczucia władzy i autorytetu?
       Posłuszeństwo innych może być źródłem niesamowitej mocy. Może dodawać pewności siebie i napędzać do działania. Jednak jeśli nasze stanowisko wykorzystamy w nieodpowiedni sposób, niesamowicie łatwo przywództwo przeradza się w tyranię. A czym jest władza, jeśli nie ma się szacunku wśród tych, nad którymi chce się ją sprawować? To od nas zależy, jakim liderem będziemy oraz jak nasz autorytet wykorzystamy. Możemy dyktować warunki, myśląc o własnych korzyściach, z ciekawości kierować ruchami innych, by wykonywali nasze polecenia. Możemy bez wahania sterować innymi jak marionetkami.
        Ale jest jeszcze inna droga. Możemy zachęcać do działania, motywować do pracy. Inspirować i podnosić na duchu. Możemy wykorzystywać naszą moc oddziaływania na innych tak, by i oni czerpali z tego korzyści. Możemy otaczać ludzi opieką, troszczyć się o nich i nieść potrzebną pomoc. Bo najlepsi liderzy nie wydają poleceń i nie kierują bezpośrednio, ale raczej wspierają i nadzorują, dając szansę rozwoju i zapewniając ciągłe wyzwania. 


Od nas tylko zależy, którą drogą zechcemy podążać.


Izka

czwartek, 4 lipca 2013

PIĘKNE CHWILE.

       Są dwa rodzaje pięknych momentów. Takie, gdy najchętniej przestalibyśmy mrugać w obawie, że coś niesamowitego nam umknie oraz te, gdy tak bardzo chcemy zamknąć oczy i delektować się pięknem danej chwili.
      Nie jestem fanką wysokich temperatur i z wielu powodów lato mogłoby być moją najmniej ulubioną porą roku, jednak jest to jedyny okres, kiedy te dwa rodzaje pięknych chwil łączą się dla mnie w całość.
     Wiele ludzi uważa, że Polska to kraj pełen szarości, że brak mu koloru (nie wliczając pstrokatych domków, bloków w esy-floresy i innych równie gustownych rozwiązań architektonicznych). I ja często się z nimi zgadzam. Szczególnie, gdy przez trzy czwarte roku za oknem jest na tyle zimno, mokro i nieprzyjemnie, że rzadko kto ma ochotę wychodzić z domu, a humor z założenia jest nieco gorszy. Ale w końcu wychodzi słońce, pogoda się zmienia i nagle wszystko się budzi do życia. Wszystko wokół kwitnie i zyskuje nową energię – nie tylko przyroda, ale i ludzie.
       W takie dni największą przyjemność sprawiają mi samotne wycieczki rowerowe. Uwielbiam narzucić sobie tempo i z werwą pedałować przez wsie, pola i lasy w moich rodzinnych stronach. Zmieniający się krajobraz miga w wakacyjnym słońcu. Domy już nie wydają się pstrokate, pola już nie są bezbarwne. Podziwiam paletę kolorów, które rozlewają się na łąkach. Żółcie, zielenie i beże. Wokół rozprzestrzenia się zapach kwitnących w słońcu kwiatów, ciepłego powietrza i lasu, do którego zaraz wjadę. Mój przyspieszony oddech, rozwiewane przez wiatr włosy, odgłos obracających się kół i pękających szyszek dopełniają całości. Mimo że dyszę ze zmęczenia, jadąc tak szybko jak mogę, na mojej twarzy zawsze pojawia się uśmiech. W głowie następuje niezwykły porządek, a dźwięk szumiącego w uszach wiatru, oczyszcza duszę z wszelkich trosk. Nie mogę się napatrzeć na otaczające mnie widoki - na kołyszące się źdźbła zbóż, migoczące pomiędzy liśćmi drzew promienie słońca, na czerwień maków kryjących się wśród traw. Rzeczy które choć nie są niczym nadzwyczajnym, w tej swojej pospolitości urzekają mnie jak nic innego.
        Nie jadę jednak bez celu. Wjeżdżam na leśną ścieżkę, żeby uniknąć piekącego moje policzki słońca. Przedzieram się przez gąszcz drzew, których gałęzie muskają moje ręce i nogi. Nie zwalniam tempa, choć ścieżki są kręte i wyboiste. Z oddali dobiegają mnie odgłosy życia codziennego – pracujących w ogrodach mieszkańców, przejeżdżających samochodów, bawiących się w słońcu zwierzaków. Robię głębokie wdechy, zaciągając się unoszącym się w powietrzu zapachem sosen. Bez wahania wybieram trasę, nie martwiąc się, że się zgubię, bo przecież jeżdżę tymi ścieżkami od lat.
          Moja trasa powoli dobiega końca, choć jeszcze nie jestem na miejscu. Moim oczom ukazuje się jezioro. Najpierw pierwsze, najmniejsze i najmniej uczęszczane. Spomiędzy drzew wyłania się połać wody, na drugim brzegu można dostrzec nielicznych wczasowiczów lub pracowników jednego z ośrodków wypoczynkowych. Wysokie drzewa otaczają małe oczko, tworząc specyficzny, kameralny klimat. Przejeżdżam tylko i kieruję się nad największe jezioro. Ono robi wrażenie. W oddali niewyraźnie majaczy przeciwległy brzeg, a bezchmurne niebo odbija się w tafli wody. Wiatr smaga nie tylko moje włosy, ale i żagle pływających po jeziorze łódek. Przy brzegu widać kilka z nich, czekających na swoją kolej, podczas gdy woda delikatnie uderza w ich burtę. Nie to mnie jednak zatrzymuje. Zmęczona kilkunastoma kilometrami w pełnym słońcu, szybko pedałuję w kierunku średniego jeziora.
         Mimo ogromnego upału, udaję się na plażę. Wokół mnie jest trochę ludzi. Rodzin z pobliskich wsi, wczasowiczów z okolicznych domków letniskowych. Nie zwracając na nich uwagi, rozkładam ręcznik, kładę się i zamykam oczy. Wszystkie dźwięki dochodzą jakby z oddali. Słyszę szum drzew, śmiech bawiących się dzieci, odgłosy pluskających się w jeziorze ludzi. Woda delikatnie przelewa się pomiędzy łodygami rosnących przy brzegu trzcin. Od czasu do czasu udaje się usłyszeć gwizdek ratownika, dźwięk odbijanej przez chłopców piłki albo szept przytulających się w słońcu zakochanych. Ale to nie ma większego znaczenia. Wiatr łagodnie owiewa moje smażące się na słońcu, bezwładne ciało, a ja się tylko uśmiecham.
         O niczym już nie myślę, tylko o tych kolorach i dźwiękach. Obrazy w mojej głowie dopełnia gama odgłosów tętniącego życiem małego kurortu. Moje serce bije szybko, choć jestem rozluźniona i zrelaksowana. Może po prostu kocham wieś. Może po prostu lubię jeździć na rowerze. Ale gdy leżę na tej plaży, zamykam oczy i delektuję się chwilą, to dociera do mnie, jakie to wszystko jest piękne w swojej prostocie. Jacy ci ludzie są cudowni, niezależnie od tego kim są. A moje serce bije akompaniując tej muzyce i wszystko się tak fantastycznie dopełnia.

           I wtedy sobie myślę, że tak strasznie się cieszę, że żyję tu i teraz.


Izka

środa, 3 lipca 2013

PLANY NA PRZYSZŁOŚĆ.

       Coraz więcej moich znajomych wkracza w jakiś sposób w prawdziwe, dorosłe życie. Niektórzy powoli zakładają rodziny, inni myślą o przyszłej karierze i rozkręcają swój biznes, jeszcze inni kończą studia, zmieniają miejsce zamieszkania, zaczynają pracę. Mniej więcej za rok o tej porze, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, i dla mnie coś się zmieni. Będę zmuszona rozpocząć swoje własne dorosłe życie jako pani magister inżynier architekt, czy tego chcę, czy nie chcę. Być może wielkie zmiany nastąpią stopniowo, jednak dziś ten moment wydaje się być naprawdę rewolucyjny.
        Kilka lat temu spodziewałam się, że jak już będę mieć te dwadzieścia-kilka lat, to wszystko będę mieć poukładane w głowie. Ten wiek, koniec studiów, zupełnie nowy etap w życiu wydawał się na tyle odległy, że miałam wrażenie, że będę wtedy zupełnie inną osobą. Jak strasznie się wtedy myliłam. Zawsze wychodziłam z założenia, że należy szukać w życiu pasji, bo tylko ona jest w stanie zapewnić nam satysfakcję i szczęście. Nie pieniądze, nie wielki sukces, ale ta dziedzina, która nam tak przypasuje, że po prostu będziemy chcieli się jej poświęcić. Zawsze też uważałam, że tylko nielicznym udaje się względnie szybko tą pasję znaleźć, a jeszcze rzadziej pokonać lęk, by to właśnie na niej się skupić. Dlatego też próbowałam różnych rzeczy, powoli zbierałam pomysły na siebie, wierząc, że w końcu coś mnie oświeci. I na tym upłynęło tych kilka lat, a ja wciąż jestem tą samą osobą, co kiedyś i nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić. Przynajmniej tak było dotychczas. Ostatnimi czasy jednak zaczynam zmieniać zdanie.
     Mimo że znam osoby, które zdecydowanie minęły się ze swoim powołaniem i robią w życiu coś, czego naprawdę nie lubią, większość moich bliskich mimo wszystko wciąż nie wyobraża sobie siebie robiących coś innego, niż teraz. Mimo wielu trosk i zmartwień związanych z ich ścieżką, nadal są pewni swoich wyborów. Nasuwa mi się więc pytanie, czy moje dotychczasowe przemyślenia były słuszne. Czy należy szukać w życiu tej jednej wielkiej pasji? A jeśli tak, to jak to zrobić i się w tym szukaniu nie zatracić?
      Gdy mam pomóc innym w rozwiązaniu jakiegoś problemu, nie brakuje mi realistycznego spojrzenia, a większość moich znajomych zazwyczaj sądzi, że mam wszystko poukładane i twardo stąpam po ziemi. Prawda jest taka, że gdy mam ogarnąć swoje życie, to delikatnie mówiąc, dość romantycznie do wszystkiego podchodzę. Zastanawiam się, rozmyślam, gdybam. Nie potrafię się zdecydować, co robić, wzdycham, wyczekuję jakiegoś znaku od losu, że podążam w dobrym kierunku. Czasami wpadam w panikę, że wciąż nie znalazłam czegoś dla siebie. Generalnie rzecz ujmując, lubię sobie utrudniać życie i wprowadzać wielki chaos. Średnio raz na dwa tygodnie przeżywam kompletną rewolucję poglądów lub planów, myśląc, że teraz to już na pewno wiem, co chcę w przyszłości robić.
     Ale może się mylę. Może tak naprawdę zero w tym wszystkim romantyzmu. Może to czysta matematyka. Algorytm, na którym po prostu trzeba się skupić i wybrać metodę dojścia do rozwiązania. Może bezsensownie jest szukać tego, co mnie porywa, a czego mogę nigdy nie znaleźć? Może czas na kolejną rewolucję, ale z zupełnie innej strony niż dotychczas?
    Zamiast w nieskończoność sprawdzać się w nowych sytuacjach i testować nowe dziedziny w poszukiwaniu tej jedynej, lepiej potraktować to po prostu jako możliwość uczenia się różnorodnych rzeczy i z niej korzystać. Nie warto podporządkowywać swoich życiowych planów czemuś, co być może nigdy się nie znajdzie. Warto zatrzymać się na chwilę w tym chaosie wątpliwości i zastanowić się, w czym już jestem dobra i jakie umiejętności i cechy charakteru już mam, które mogą umożliwić mi robienie czegoś ciekawego. Bo istnieje duża szansa, że w tej plątaninie myśli czai się jeden dobry pomysł, który się pominęło. Nie ma sensu gdybać i próbować na siłę wywracać swoje życie do góry nogami, bo mimo że uważam, że każdy jeśli tylko chce, może wszystko, to może jednak nie wszystko powinien.
       Dzięki temu, że wiem, jakie są moje mocne strony, jakie umiejętności posiadam i na czym mam się skupić, by je jeszcze bardziej rozwijać, łatwiej dostrzegam to, czego tak długo szukałam. Tę rzecz, w której mogę być naprawdę dobra, bo wiem, że się do niej po prostu nadaję. A jeśli mamy poczucie, że w czymś jesteśmy dobrzy, to o wiele łatwiej o pasję, chęć do dalszego działania i motywację. Dlatego sercowe rozterki odkładam na bok i do życiowych planów podchodzę z głową.

         Ach, żebym tylko nie zmieniła zdania.


Izka

środa, 26 czerwca 2013

OBOWIĄZKI I PRZYJEMNOŚCI.

         Myślę, że bez wahania mogę stwierdzić, że nie ma dnia, w którym do mojej głowy nie wpadłby jakiś świetny (w moim mniemaniu) pomysł. Nagłe oświecenie, że chcę coś robić, czegoś się nauczyć albo czegoś spróbować pojawia się zazwyczaj wtedy, kiedy mam mnóstwo pracy i totalnie nie mam czasu na oddawanie się przyjemnościom.
       Tak to właśnie wyglądało przez ostatni miesiąc, gdy moje studia, nieco bardziej wymagające niż inne, nie pozwalały mi na chwilę wytchnienia. Próby nauczenia się kręcenia hula hopem, ambitne plany regularnego pisania czy niedawno ponownie rozpoczęte treningi badmintona zostały odłożone w kąt i ustąpiły miejsca syzyfowej pracy, jaką jest walka z projektami i zaliczeniami na architekturze. Po kilkunastu, a może już kilkudziesięciu nieprzespanych nocach, zszarganych nerwach, stresach i milionach godzin spędzonych przed komputerem, zaczęłam się zastanawiać, jaki te wysiłki mają sens i czy efekty tej ciężkiej pracy wnoszą w moje życie jakąkolwiek satysfakcję. Czy zajeżdżanie się, żeby tylko wypełnić narzucone z góry obowiązki jest dobrym wyborem i czy może nie lepiej rzucić to wszystko i oddać się temu, co sprawia mi przyjemność.
      O tego typu rozmyślania o wiele łatwiej w okresie sesji, gdy wszyscy studenci poddają się ogólnie panującej panice i z zaciętością walczą o zdanie kolejnego semestru. Ciążąca nad nimi świadomość, że należałoby się postarać, zakończyć zmagania na należytym poziomie, kłóci się z chęcią zrobienia czegoś ciekawego, wyjścia z domu. Do tego dochodzi ogólne zmęczenie, na które już nic nie działa, łzy bezsilności i coraz szybciej zbliżający się deadline. Prawda jest jednak taka, że niezależnie czy jesteśmy na studiach, w innego rodzaju szkole, czy już pracujemy, każdemu z nas trudno jest pogodzić przyjemności i obowiązki. Często wir pracy tak nas wciąga, że zapominamy o całym świecie. Zaczynamy patrzeć na wszystko tylko przez pryzmat tej jednej płaszczyzny w życiu, jaką jest rozwój zawodowy i zapętlamy się w niekończących dążeniach do osiągnięcia sukcesu w firmie czy na uczelni. Motywujemy się chęcią większych zarobków czy lepszych perspektyw w przyszłości, ale zapominamy o tym, że żyjemy tu i teraz, a to, co robimy na co dzień wpływa na nasze samopoczucie. Jeśli rezygnujemy z czasu dla siebie i z możliwości rozwijania swoich pasji i zainteresowań na rzecz potencjalnych osiągnięć w przyszłości, istnieje duża szansa, że w pewnym momencie do naszego życia wtargnie frustracja, zgorzkniałość i wypalenie.
        Od dawna nurtuje mnie pytanie, jak osiągnąć stan równowagi, by racjonalnie pogodzić przyjemności z obowiązkami. Jak nie dać się presji, która atakuje zewsząd i sprawia, że zaczynamy się martwić naszą przyszłością, szczególnie w kontekście materialnym? Tym, dla których pasja jest jednocześnie sposobem zarobku albo ścieżką naukową, można tylko zazdrościć. Natomiast dla innych, którzy wciąż szukają tego, co kochają, skupianie się tylko na obowiązkach do niczego dobrego nie prowadzi. Zajmowanie się tym, co nie do końca nam się podoba, podczas gdy w głowie mamy wizję oddawania się innym czynnościom, na które nie możemy sobie pozwolić, tylko zmniejsza naszą efektywność i psuje nastawienie. Ale jak w natłoku pracy znaleźć odpowiednio dużo czasu na rzeczy, które chcemy robić? Jak pomimo wielu demotywujących czynników, wciąż mieć energię, żeby to swoje życie wzbogacać o nowe doznania i doświadczenia?
        Czasami wydaje mi się, że to wszystko zakodowane jest w naszej podświadomości. Nasza mentalność sugeruje nam, że tylko praca może przynieść nam prawdziwą satysfakcję. Jednak w rzeczywistości rzadko kiedy tak jest. To te małe rzeczy, które sprawiają nam przyjemność, motywują nas najbardziej, a sukcesy w dziedzinach, którymi jesteśmy zainteresowani sprawią, że wszystko inne będzie nam lepiej wychodzić. Trzeba nauczyć się dostrzegać swoje własne potrzeby. Nie odrzucać pomysłów i pasji, tylko dlatego, że wydaje nam się, że nie mamy na nie czasu. Trzeba uwierzyć w to, że możemy robić wszystko, jeśli tylko jesteśmy wystarczająco zmobilizowani. Trzeba również wiedzieć, kiedy powiedzieć „stop” nie tylko obowiązkom, ale i przyjemnościom, które przejmują kontrolę, bo mimo że życie to coś więcej niż tylko praca, to dzięki niej często zyskujemy nowe możliwości. Nie można jej ignorować czy doprowadzać do zaległości, które w pewnym momencie są nie do ogarnięcia. Lepiej czasami zacisnąć zęby i zrobić to, co ma się do zrobienia, by później móc robić to, na co się ma ochotę.
        W wirze obowiązków i szaleństwie życia codziennego trzeba jednak pamiętać, że czasami warto zrobić sobie przerwę i wziąć oddech. Odpocząć sobie, troszkę się poobijać i spędzić czas na przyjemnościach, by potem z nową siłą zmierzyć się z kolejnym zadaniem. Na przyjemne spędzanie czasu wcale nie trzeba sobie zasłużyć godzinami ciężkiej pracy, należy jednak zaleźć sposób, by pogodzić jedno z drugim i się nie wypalić. Nikt z nas nie chce być zgorzkniałym człowiekiem, który na starość żałuje, że nie robił czegoś, co kocha, bo oddał się w całości pracy. Dlatego gdy już brakuje sił i motywacji do działania, zróbmy przerwę, na chwilę zapomnijmy o czekających obowiązkach i oddajmy się błogiemu lenistwu albo nowo wymyślonym pomysłom.
      Bo nie żyje się po to, by pracować, ale pracuje się po to, żeby żyć i robić to, co nam się żywnie podoba!


Izka

piątek, 24 maja 2013

ZAZDROŚĆ.

Żyjemy w bardzo dziwnych czasach. W czasach, których jest pełno wszystkiego i gdzie wszystko jest dostępne. Mimo to, stajemy się coraz bardziej pazerni i pragniemy coraz więcej, nawet tego, czego nawet w głębi duszy nie chcemy. Zazdrościmy innym tego, co mają, niezależnie czy jest nam to potrzebne czy nie.
Trudno mi się ustosunkować do tego, jak czują się starsi ode mnie, bardziej doświadczeni, jednak jako młodego człowieka zazdrość dopada mnie dość często. Mam nadzieję, że z wiekiem to mija i już tak nie dręczy jak teraz. Oczywiście w większości przypadków nie zdaję sobie sprawy z tego, że to, co czuję to zazdrość, bo wydaje mi się, że mnie to przecież w ogóle nie rusza, bo mam wszystko, co mi do życia niezbędne. I jeśli chodzi o rzeczy materialne, to rzeczywiście tak jest. Nie zazdroszczę innym rzeczy, które posiadają. Nie kręcą mnie czytające myśli telefony, bluzy w gwiazdy i jednorożce czy okulary z napisem w lewym górnym rogu. Nie potrzebne mi są gadżety, drogie zabawki czy dizajnerskie ciuszki. Ja jestem zazdrosna o ludzi.
Często się śmieję, że nie mam szczęścia w miłości, więc chyba powinnam nauczyć się grać w pokera. Może to byłby dobry pomysł, bo dzięki nieudanym związkom albo nieodwzajemnionym miłościom, mogłabym bez wahania obstawiać grubą forsę i wchodzić all in. Kto wie, może byłabym już sławna i bogata, a cały świat stałby przede mną otworem… Jednak mówiąc poważnie, każdy związek czy znajomość o bardziej romantycznym znaczeniu zostawiły mi coś więcej niż miłe wspomnienia. Bo mimo, że życie płynie dalej, a uczucia już się ulotniły, pozostało to drażniące uczucie zazdrości. Niezależnie czy dotyczy to nowej dziewczyny byłego chłopaka, byłej dziewczyny obecnego czy nawet byłej byłego (!) – zawsze czai się ta cząstka niepokoju i minimalnej nienawiści. Nie ma znaczenia też to, czy znam tę osobę czy nie i to, jak bardzo jest sympatyczna i jak bardzo ją lubię. Z momentem, gdy staje się wybranką mojej byłej miłości, mimo, że wciąż ją lubię i szanuję, mój stosunek do niej się zmienia i nie potrafię nic na to poradzić.
Wydaje mi się, że tego typu zazdrość jest dość powszechna. Jedni trzymają ją w sobie, inni robią sceny i sabotują nowe związki swoich byłych, jeszcze inni nagle zmieniają zdanie i udają, że nie ma to na nich żadnego wpływu i że tak naprawdę nie lubią osoby, którą wcześniej kochali. Uczucia często zmieniają się jak w kalejdoskopie. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć biegu wydarzeń, które mogą wpłynąć na to, jaki stosunek mamy do innych. Nie możemy też przewidzieć ich zachowań. Rozstania zazwyczaj przychodzą dość nagle, choć zdarza się, że przez długi czas kisimy się w atmosferze, która zwiastuje koniec. Bywają utrzymane w przyjacielskiej atmosferze, jednak znacznie częściej wiążą się z wywalaniem wszelkich brudów. Ludzie się ranią, zaczynają bez powodu nienawidzić, a potem znajdują sobie kogoś nowego, by pokazać jak bardzo ich to wszystko nie rusza. Niezależnie jednak od  tego, jak miło lub niemiło się to wszystko kończy, pozostaje w nas uczucie przynależności i praw do drugiej osoby. Ktoś był nasz i mimo, że bycie razem nie wypaliło, nie chcemy, żeby się udało z kimś innym. Życzymy byłemu ukochanemu szczęścia, ale najlepiej w pojedynkę. Niektórzy denerwują się, że znienawidzony były rozpoczął nowy związek za wcześnie (a kiedy nie jest za wcześnie?) i stresuje ich to, że układa sobie życie, a oni nie. Frustracja sięga zenitu.
Wierzę, że każda miłość jest wielka i ważna. Że każda osoba, która pojawia się w naszym życiu zmienia je i wpływa na to, jacy jesteśmy, co czujemy, jak postrzegamy świat. Wierzę też w to, że po latach, niezależnie od tego, jak skończyła lub zmieniła się dana znajomość, wciąż w pewien sposób dbamy o osobę, na której nam wcześniej zależało. Po pewnym czasie zapominamy o wspólnych problemach, kłótniach, nieporozumieniach i zostają nam tylko pozytywne wspomnienia. Mając świadomość, jak dobrze czuliśmy się w danym związku, trudno nam pogodzić się z myślą, że teraz ta osoba może czuć się lepiej z kimś innym. Nie zmienia to faktu, że nie chcemy do tego wracać, ale z powodu braku pewności siebie, potrzebujemy zapewnienia, że  jednak wspomnienia uczuć i tego, co było kiedyś nie ulatniają się tak szybko. Chcemy czuć, że miłość, która już odeszła i tak była wielka oraz że na drugą osobę wywarła taki sam wpływ jak na nas. Że zmieniła wszystko, że była miłością życia. Tylko gdy pojawia się ta kolejna dziewczyna czy ten kolejny chłopak, coś zaburza to uczucie. Coś już nie pozwala myśleć o tym, co było tylko w kontekście pięknych wspomnień. Coś, co wprowadza zamęt i często ogłupia bez powodu. Tym czymś jest nieunikniona, drażniąca zazdrość. I mimo że nie ma żadnych złych skutków, przypomina aż nazbyt dosadnie o tym, jak ważny ktoś kiedyś dla nas był.
Więc przykro mi, wszystkie byłe, teraźniejsze i przyszłe dziewczyny moich byłych i przyszłych chłopaków. Mimo że was bardzo lubię, to trochę was nie znoszę.


Izka