Mimo że wydaje mi się,
że patriotyzm i poczucie jakiejkolwiek przynależności powoli zanikają, zaskoczeniem dla mnie jest to, jak wielkim
powodzeniem cieszą się ostatnimi czasy utwory o zabarwieniu
pro-słowiańskim. Być może nie jest to przejaw dumy ze swojego
pochodzenia, a raczej oznaka samouwielbienia, bo w końcu teksty
piosenek bez ogródek chwalą fizyczne walory Słowianek. Na pytanie skąd się
biorą pomysły na taką, a nie inną formę utworu, padają
odpowiedzi, że to wszystko po to, by pokazać (być może nie do
końca w poważny sposób), że kobiety to nie tylko piękno, ale i
siła, i intelekt. I wszystko byłoby całkowicie w porządku, gdyby
nie to, że to nie ma żadnego sensu.
Oglądając większość
powstających ostatnio teledysków i reklam, nie mogę się oprzeć
wrażeniu, że ta siła i intelekt nie ma tu nic do rzeczy. Wszystko
przepełnione jest, owszem, przyjemnymi dla oka obrazami, ale
zdecydowanie nie powoduje rozmyślań o tym, jak oczytane i obyte są
wijące się tancerki. Po co więc tłumaczenie, że pokazanie falujących
biustów i dość dwuznacznych choreografii, ma na celu ukazanie, jak
bogata intelektualnie jest nasza kultura. Czy wiara w to, że
odsłanianie biustu lub noszenie szokująco krótkich spodenek
rzeczywiście jest dowodem mądrości i siły, nie jest tak naprawdę
objawem głupoty? Trudno jest mi uwierzyć, że moje IQ ma
jakikolwiek wpływ na jędrność moich pośladków i kształt piersi
oraz że stopień zaawansowania mojego negliżu świadczy o moim
niebywałym intelekcie i sile mojego charakteru. Prawda jest taka, że
jeśli decyduję się pokazać w jakiś szczególny sposób swoje
atuty, to na pewno nie dlatego, że chcę podkreślić, jak bardzo
jestem inteligentna, a raczej dlatego, że chcę przykuć czyjąś
uwagę. Przyciągnąć wzrok, pokazać to, „co mama w genach dała”.
Podciąganie do tego jakiejkolwiek innej teorii totalnie mija się z
celem.
Nasuwa mi się, jako
jednej z zachwalanych Słowianek, pytanie: dlaczego w ogóle nachodzi
mnie czasami ochota pokazywania mniejszej lub większej części
mojego kobiecego ciała? Czy to rzeczywiście doprowadzi do tego, że
kiedy już ktoś się napatrzy na moje kształty, to w końcu doceni
moją osobowość? Nie sądzę. Jedynym trafnym wnioskiem jest to, że
również ja padłam ofiarą współczesnych „wymogów”
dotyczących tego, jak kobieta powinna wyglądać, aby postrzegano ją
jako atrakcyjną i interesującą. Jak powinna się prezentować (albo może kreować),
by ktoś ją dostrzegł, docenił i szanował. Jeśli jedynym sposobem popularnych artystów na pokazanie zalet (również tych intelektualnych) słowiańskich kobiet jest pokazanie w zwolnionym tempie ich kuso odzianych pośladków, to jako jedna z wielu kobiet, muszę w końcu poddać się myśli, że to właśnie to, czym obdarzyła mnie natura definiuje moją jakość.
Myślę, że w
dzisiejszych czasach niezwykle trudno jest być kobietą. Każda z
nas, niezależnie od tego kim jest, jak wygląda i ile ma lat,
odczuwa niesłychaną presję, by zbliżyć się choć trochę do
ideału kobiecości. I co śmieszne, dla większości ten ideał jest
prawie taki sam i tak samo niedościgniony. Nogi muszą być długie
i smukłe, ale nie za chude i niezbyt kościste. Brzuch płaski, ale
tyłek wypukły. Sylwetka powinna być wysportowana, ale niezbyt
umięśniona i też nie za szczupła. Jednocześnie, przy
filigranowej posturze, biust powinien być raczej obfity, ale nie za
duży, bo to też nie dobrze - w końcu nic nie może obwisać i nic
nie może się marszczyć. Kolor włosów jest nieistotny, dopóki są
piękne, długie, gęste i błyszczące. Paznokcie zawsze idealne,
oczy, usta i nosek bez skazy. Idealna kobieta się nigdy nie poci,
nie męczy, zawsze ma dobry humor, a na jej twarzy widnieje
szczery uśmiech pełen perfekcyjnych, białych zębów. Wszystko to niezależnie od pory dnia i nocy. W podświadomości mamy zakodowane,
że to, jakie teraz jesteśmy, jest od tego ideału niezwykle
dalekie, więc zadręczamy się dzień w dzień tysiącem wyrzeczeń,
restrykcji, porannych rytuałów, podczas których topimy się w
oceanie kompleksów i złych myśli. Bo przecież wciąż jest źle,
wciąż tak daleko do upragnionego wyglądu. I jak tu nie zwariować?!
Choć piękno zewnętrzne
powinno być mniej istotne niż to, co mamy w głowach, trudno jest o
tym pamiętać, gdy wokół pełno znaków, że to właśnie w nasz
wygląd powinno się więcej inwestować niż w nasz umysł. Kiedy
artyści mówią o sile i intelekcie polskich kobiet, po czym
oglądając ich teledyski dostaje się oczopląsu od trzęsących się
pup, to trudno się oprzeć wrażeniu, że to właśnie te nasze
tyłki i biusty reprezentują to, kim w rzeczywistości jesteśmy.
Przy takim przekazie przynajmniej mój umysł się wyłącza i mimo
usilnych prób docenienia tekstu utworu i intencji autorów, myśli zaczynają krążyć
gównie wokół tego, że w przeciwieństwie do mnie, pokazane w
klipie tancerki nie mają cellulitu. I tak błędne koło się
zamyka.
Nie mam nic przeciwko
pokazywaniu swoich atutów, byciu sexy i celebrowaniu swojej
kobiecości. Jestem wrażliwa na piękno, również ludzkiego ciała.
Jednak będąc młodą kobietą, która jest czymś więcej niż
tylko tym, co ma z przodu i z tyłu, czasami wydaje mi się, że
powoli zapominamy, co tak naprawdę jest w każdym z nas ważne oraz
że istnieje wiele sposobów, żeby zaprezentować swoje piękno –
nie tylko to zewnętrzne, ale też siłę, mądrość i
niepowtarzalność. Media, które wysyłają tak mylny przekaz,
manipulują nas do postrzegania siebie nawzajem w zupełnie
nieodpowiednich kategoriach. Kreując taki obraz kobiet wpływają na
to, jak patrzą na nas mężczyźni i jak patrzymy na siebie same. I
właśnie przez to, zamiast cieszyć się z tego, co mamy, jakie
jesteśmy i co rzeczywiście dostałyśmy w genach, ciągle czujemy
się gorsze i ciągle wydaje nam się, że to, jak wyglądamy jest
ważniejsze od naszej osobowości. Warto się zastanowić, czy
przypadkiem nie dajemy się zwieść na złą drogę, bo mimo że
taka wizja kobiet może być tylko żartobliwą karykaturą, to i tak
ukazuje w dużej mierze prawdziwy obraz tego, jak widzą i czego oczekują od nas
inni. Ja osobiście wolę
wierzyć, że rzeczywiście wywodzę się z kultury pełnej znających swoją prawdziwą wartość, mądrych i silnych kobiet, a nie tylko cycatych i „rozgrzewających jak wódka”.
Szkoda tylko, że o istnieniu tych mniej widocznych zalet trzeba dodatkowo wspominać albo bezskutecznie doszukiwać się ich wśród trzęsących się biustów.
Szkoda tylko, że o istnieniu tych mniej widocznych zalet trzeba dodatkowo wspominać albo bezskutecznie doszukiwać się ich wśród trzęsących się biustów.
Izka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz