Translate

sobota, 27 lipca 2013

WŁADZA.

       Władza kusi. Posiadanie autorytetu wśród innych jest kąskiem, na który bez wątpienia łaszą się wszyscy. Można się z tym stwierdzeniem nie zgadzać, jednak prawda jest taka, że nawet najbardziej ulegli z nas, nie mieliby nic przeciwko, gdyby inni robili to, co uważamy za odpowiednie. Pod tym względem jesteśmy nieco egoistyczni. Wszyscy wolą myśleć, że są nieomylni oraz zawsze postępują słusznie, dlatego też każdy bez problemu widziałby się w roli lidera.
           Ile razy, pracując w grupie, przechodzi nam po głowie myśl: „sam zrobiłbym to milion razy lepiej”? Ile razy wykłócamy się o jakieś rozwiązania, tylko dlatego, że chcemy, aby nasz pomysł wybrano? Jak często na naszych twarzach pojawia się uśmiech zadowolenia, gdy to nasze zdanie zostanie docenione, a innych nie? Wszyscy jesteśmy w głębi duszy trochę próżni i narcystyczni, dlatego wizja posiadania kontroli nad czymkolwiek, jest dla nas tak kusząca. A więc szukamy w życiu tego, co da nam poczucie władzy i autonomii. Być może przez to, że tak wiele jest aspektów, na które nie mamy żadnego wpływu, potrzebujemy choć kilku rzeczy, które sprawią, że będziemy się czuć jakby nic nie było w stanie się nam przeciwstawić.
          Niezależnie od tego, ile mamy lat i w jakim momencie życia właśnie się znajdujemy, zawsze znajdzie się coś, nad czym mamy niebywałą kontrolę. Największą satysfakcję daje nam jednak możliwość wpływania innych. Może być to zwierzak, którego chcemy wytresować, by był nam posłuszny. Rówieśnicy, którzy patrzą na nas i są podatni na działanie tego, co robimy. Są to dzieci, które wychowujemy, pracownicy, którymi kierujemy. Czasami jest to kwestia siły naszego charakteru, który sam w sobie w pewien sposób wymusza posłuszeństwo, a czasem jest to tylko i wyłącznie zasługa pozycji, na której się znajdujemy. Niezależnie jednak od tego, z czego nasza władza wynika, ważniejsze jest to, jak tę władzę wykorzystujemy.
            Prawdopodobnie wielu z nas, jeśli nie wszyscy, nie raz znalazło się w sytuacji, gdy to nam kazano się podporządkować. Gdy ktoś w taki czy inny sposób wykorzystał na nas to, że ma więcej autonomii i praw. Mogło to być w dziekanacie, gdy usilnie staraliśmy się załatwić jakąś sprawę, w pracy, gdy próbowaliśmy dostać wypłatę za nadgodziny czy w jakimkolwiek innym miejscu, w którym powodzenie naszego przedsięwzięcia zależało od decyzji innej osoby. Niejednokrotnie spotkałam się z tym, że ludzie wykorzystują swoje stanowisko i pewne przywileje z nim związane tylko dlatego, że po prostu mogą. Być może bezwiednie, ale jednak, utrudniają życie i pracę innym, ponieważ mogą sobie na to pozwolić i w pewien sposób czerpią satysfakcję z tego, że od ich decyzji czy polecenia zależy los drugiej osoby. Ale nasuwa mi się pytanie – czy takie zachowanie przynosi cokolwiek oprócz krótkotrwałego uczucia władzy i autorytetu?
       Posłuszeństwo innych może być źródłem niesamowitej mocy. Może dodawać pewności siebie i napędzać do działania. Jednak jeśli nasze stanowisko wykorzystamy w nieodpowiedni sposób, niesamowicie łatwo przywództwo przeradza się w tyranię. A czym jest władza, jeśli nie ma się szacunku wśród tych, nad którymi chce się ją sprawować? To od nas zależy, jakim liderem będziemy oraz jak nasz autorytet wykorzystamy. Możemy dyktować warunki, myśląc o własnych korzyściach, z ciekawości kierować ruchami innych, by wykonywali nasze polecenia. Możemy bez wahania sterować innymi jak marionetkami.
        Ale jest jeszcze inna droga. Możemy zachęcać do działania, motywować do pracy. Inspirować i podnosić na duchu. Możemy wykorzystywać naszą moc oddziaływania na innych tak, by i oni czerpali z tego korzyści. Możemy otaczać ludzi opieką, troszczyć się o nich i nieść potrzebną pomoc. Bo najlepsi liderzy nie wydają poleceń i nie kierują bezpośrednio, ale raczej wspierają i nadzorują, dając szansę rozwoju i zapewniając ciągłe wyzwania. 


Od nas tylko zależy, którą drogą zechcemy podążać.


Izka

czwartek, 4 lipca 2013

PIĘKNE CHWILE.

       Są dwa rodzaje pięknych momentów. Takie, gdy najchętniej przestalibyśmy mrugać w obawie, że coś niesamowitego nam umknie oraz te, gdy tak bardzo chcemy zamknąć oczy i delektować się pięknem danej chwili.
      Nie jestem fanką wysokich temperatur i z wielu powodów lato mogłoby być moją najmniej ulubioną porą roku, jednak jest to jedyny okres, kiedy te dwa rodzaje pięknych chwil łączą się dla mnie w całość.
     Wiele ludzi uważa, że Polska to kraj pełen szarości, że brak mu koloru (nie wliczając pstrokatych domków, bloków w esy-floresy i innych równie gustownych rozwiązań architektonicznych). I ja często się z nimi zgadzam. Szczególnie, gdy przez trzy czwarte roku za oknem jest na tyle zimno, mokro i nieprzyjemnie, że rzadko kto ma ochotę wychodzić z domu, a humor z założenia jest nieco gorszy. Ale w końcu wychodzi słońce, pogoda się zmienia i nagle wszystko się budzi do życia. Wszystko wokół kwitnie i zyskuje nową energię – nie tylko przyroda, ale i ludzie.
       W takie dni największą przyjemność sprawiają mi samotne wycieczki rowerowe. Uwielbiam narzucić sobie tempo i z werwą pedałować przez wsie, pola i lasy w moich rodzinnych stronach. Zmieniający się krajobraz miga w wakacyjnym słońcu. Domy już nie wydają się pstrokate, pola już nie są bezbarwne. Podziwiam paletę kolorów, które rozlewają się na łąkach. Żółcie, zielenie i beże. Wokół rozprzestrzenia się zapach kwitnących w słońcu kwiatów, ciepłego powietrza i lasu, do którego zaraz wjadę. Mój przyspieszony oddech, rozwiewane przez wiatr włosy, odgłos obracających się kół i pękających szyszek dopełniają całości. Mimo że dyszę ze zmęczenia, jadąc tak szybko jak mogę, na mojej twarzy zawsze pojawia się uśmiech. W głowie następuje niezwykły porządek, a dźwięk szumiącego w uszach wiatru, oczyszcza duszę z wszelkich trosk. Nie mogę się napatrzeć na otaczające mnie widoki - na kołyszące się źdźbła zbóż, migoczące pomiędzy liśćmi drzew promienie słońca, na czerwień maków kryjących się wśród traw. Rzeczy które choć nie są niczym nadzwyczajnym, w tej swojej pospolitości urzekają mnie jak nic innego.
        Nie jadę jednak bez celu. Wjeżdżam na leśną ścieżkę, żeby uniknąć piekącego moje policzki słońca. Przedzieram się przez gąszcz drzew, których gałęzie muskają moje ręce i nogi. Nie zwalniam tempa, choć ścieżki są kręte i wyboiste. Z oddali dobiegają mnie odgłosy życia codziennego – pracujących w ogrodach mieszkańców, przejeżdżających samochodów, bawiących się w słońcu zwierzaków. Robię głębokie wdechy, zaciągając się unoszącym się w powietrzu zapachem sosen. Bez wahania wybieram trasę, nie martwiąc się, że się zgubię, bo przecież jeżdżę tymi ścieżkami od lat.
          Moja trasa powoli dobiega końca, choć jeszcze nie jestem na miejscu. Moim oczom ukazuje się jezioro. Najpierw pierwsze, najmniejsze i najmniej uczęszczane. Spomiędzy drzew wyłania się połać wody, na drugim brzegu można dostrzec nielicznych wczasowiczów lub pracowników jednego z ośrodków wypoczynkowych. Wysokie drzewa otaczają małe oczko, tworząc specyficzny, kameralny klimat. Przejeżdżam tylko i kieruję się nad największe jezioro. Ono robi wrażenie. W oddali niewyraźnie majaczy przeciwległy brzeg, a bezchmurne niebo odbija się w tafli wody. Wiatr smaga nie tylko moje włosy, ale i żagle pływających po jeziorze łódek. Przy brzegu widać kilka z nich, czekających na swoją kolej, podczas gdy woda delikatnie uderza w ich burtę. Nie to mnie jednak zatrzymuje. Zmęczona kilkunastoma kilometrami w pełnym słońcu, szybko pedałuję w kierunku średniego jeziora.
         Mimo ogromnego upału, udaję się na plażę. Wokół mnie jest trochę ludzi. Rodzin z pobliskich wsi, wczasowiczów z okolicznych domków letniskowych. Nie zwracając na nich uwagi, rozkładam ręcznik, kładę się i zamykam oczy. Wszystkie dźwięki dochodzą jakby z oddali. Słyszę szum drzew, śmiech bawiących się dzieci, odgłosy pluskających się w jeziorze ludzi. Woda delikatnie przelewa się pomiędzy łodygami rosnących przy brzegu trzcin. Od czasu do czasu udaje się usłyszeć gwizdek ratownika, dźwięk odbijanej przez chłopców piłki albo szept przytulających się w słońcu zakochanych. Ale to nie ma większego znaczenia. Wiatr łagodnie owiewa moje smażące się na słońcu, bezwładne ciało, a ja się tylko uśmiecham.
         O niczym już nie myślę, tylko o tych kolorach i dźwiękach. Obrazy w mojej głowie dopełnia gama odgłosów tętniącego życiem małego kurortu. Moje serce bije szybko, choć jestem rozluźniona i zrelaksowana. Może po prostu kocham wieś. Może po prostu lubię jeździć na rowerze. Ale gdy leżę na tej plaży, zamykam oczy i delektuję się chwilą, to dociera do mnie, jakie to wszystko jest piękne w swojej prostocie. Jacy ci ludzie są cudowni, niezależnie od tego kim są. A moje serce bije akompaniując tej muzyce i wszystko się tak fantastycznie dopełnia.

           I wtedy sobie myślę, że tak strasznie się cieszę, że żyję tu i teraz.


Izka

środa, 3 lipca 2013

PLANY NA PRZYSZŁOŚĆ.

       Coraz więcej moich znajomych wkracza w jakiś sposób w prawdziwe, dorosłe życie. Niektórzy powoli zakładają rodziny, inni myślą o przyszłej karierze i rozkręcają swój biznes, jeszcze inni kończą studia, zmieniają miejsce zamieszkania, zaczynają pracę. Mniej więcej za rok o tej porze, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, i dla mnie coś się zmieni. Będę zmuszona rozpocząć swoje własne dorosłe życie jako pani magister inżynier architekt, czy tego chcę, czy nie chcę. Być może wielkie zmiany nastąpią stopniowo, jednak dziś ten moment wydaje się być naprawdę rewolucyjny.
        Kilka lat temu spodziewałam się, że jak już będę mieć te dwadzieścia-kilka lat, to wszystko będę mieć poukładane w głowie. Ten wiek, koniec studiów, zupełnie nowy etap w życiu wydawał się na tyle odległy, że miałam wrażenie, że będę wtedy zupełnie inną osobą. Jak strasznie się wtedy myliłam. Zawsze wychodziłam z założenia, że należy szukać w życiu pasji, bo tylko ona jest w stanie zapewnić nam satysfakcję i szczęście. Nie pieniądze, nie wielki sukces, ale ta dziedzina, która nam tak przypasuje, że po prostu będziemy chcieli się jej poświęcić. Zawsze też uważałam, że tylko nielicznym udaje się względnie szybko tą pasję znaleźć, a jeszcze rzadziej pokonać lęk, by to właśnie na niej się skupić. Dlatego też próbowałam różnych rzeczy, powoli zbierałam pomysły na siebie, wierząc, że w końcu coś mnie oświeci. I na tym upłynęło tych kilka lat, a ja wciąż jestem tą samą osobą, co kiedyś i nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić. Przynajmniej tak było dotychczas. Ostatnimi czasy jednak zaczynam zmieniać zdanie.
     Mimo że znam osoby, które zdecydowanie minęły się ze swoim powołaniem i robią w życiu coś, czego naprawdę nie lubią, większość moich bliskich mimo wszystko wciąż nie wyobraża sobie siebie robiących coś innego, niż teraz. Mimo wielu trosk i zmartwień związanych z ich ścieżką, nadal są pewni swoich wyborów. Nasuwa mi się więc pytanie, czy moje dotychczasowe przemyślenia były słuszne. Czy należy szukać w życiu tej jednej wielkiej pasji? A jeśli tak, to jak to zrobić i się w tym szukaniu nie zatracić?
      Gdy mam pomóc innym w rozwiązaniu jakiegoś problemu, nie brakuje mi realistycznego spojrzenia, a większość moich znajomych zazwyczaj sądzi, że mam wszystko poukładane i twardo stąpam po ziemi. Prawda jest taka, że gdy mam ogarnąć swoje życie, to delikatnie mówiąc, dość romantycznie do wszystkiego podchodzę. Zastanawiam się, rozmyślam, gdybam. Nie potrafię się zdecydować, co robić, wzdycham, wyczekuję jakiegoś znaku od losu, że podążam w dobrym kierunku. Czasami wpadam w panikę, że wciąż nie znalazłam czegoś dla siebie. Generalnie rzecz ujmując, lubię sobie utrudniać życie i wprowadzać wielki chaos. Średnio raz na dwa tygodnie przeżywam kompletną rewolucję poglądów lub planów, myśląc, że teraz to już na pewno wiem, co chcę w przyszłości robić.
     Ale może się mylę. Może tak naprawdę zero w tym wszystkim romantyzmu. Może to czysta matematyka. Algorytm, na którym po prostu trzeba się skupić i wybrać metodę dojścia do rozwiązania. Może bezsensownie jest szukać tego, co mnie porywa, a czego mogę nigdy nie znaleźć? Może czas na kolejną rewolucję, ale z zupełnie innej strony niż dotychczas?
    Zamiast w nieskończoność sprawdzać się w nowych sytuacjach i testować nowe dziedziny w poszukiwaniu tej jedynej, lepiej potraktować to po prostu jako możliwość uczenia się różnorodnych rzeczy i z niej korzystać. Nie warto podporządkowywać swoich życiowych planów czemuś, co być może nigdy się nie znajdzie. Warto zatrzymać się na chwilę w tym chaosie wątpliwości i zastanowić się, w czym już jestem dobra i jakie umiejętności i cechy charakteru już mam, które mogą umożliwić mi robienie czegoś ciekawego. Bo istnieje duża szansa, że w tej plątaninie myśli czai się jeden dobry pomysł, który się pominęło. Nie ma sensu gdybać i próbować na siłę wywracać swoje życie do góry nogami, bo mimo że uważam, że każdy jeśli tylko chce, może wszystko, to może jednak nie wszystko powinien.
       Dzięki temu, że wiem, jakie są moje mocne strony, jakie umiejętności posiadam i na czym mam się skupić, by je jeszcze bardziej rozwijać, łatwiej dostrzegam to, czego tak długo szukałam. Tę rzecz, w której mogę być naprawdę dobra, bo wiem, że się do niej po prostu nadaję. A jeśli mamy poczucie, że w czymś jesteśmy dobrzy, to o wiele łatwiej o pasję, chęć do dalszego działania i motywację. Dlatego sercowe rozterki odkładam na bok i do życiowych planów podchodzę z głową.

         Ach, żebym tylko nie zmieniła zdania.


Izka

środa, 26 czerwca 2013

OBOWIĄZKI I PRZYJEMNOŚCI.

         Myślę, że bez wahania mogę stwierdzić, że nie ma dnia, w którym do mojej głowy nie wpadłby jakiś świetny (w moim mniemaniu) pomysł. Nagłe oświecenie, że chcę coś robić, czegoś się nauczyć albo czegoś spróbować pojawia się zazwyczaj wtedy, kiedy mam mnóstwo pracy i totalnie nie mam czasu na oddawanie się przyjemnościom.
       Tak to właśnie wyglądało przez ostatni miesiąc, gdy moje studia, nieco bardziej wymagające niż inne, nie pozwalały mi na chwilę wytchnienia. Próby nauczenia się kręcenia hula hopem, ambitne plany regularnego pisania czy niedawno ponownie rozpoczęte treningi badmintona zostały odłożone w kąt i ustąpiły miejsca syzyfowej pracy, jaką jest walka z projektami i zaliczeniami na architekturze. Po kilkunastu, a może już kilkudziesięciu nieprzespanych nocach, zszarganych nerwach, stresach i milionach godzin spędzonych przed komputerem, zaczęłam się zastanawiać, jaki te wysiłki mają sens i czy efekty tej ciężkiej pracy wnoszą w moje życie jakąkolwiek satysfakcję. Czy zajeżdżanie się, żeby tylko wypełnić narzucone z góry obowiązki jest dobrym wyborem i czy może nie lepiej rzucić to wszystko i oddać się temu, co sprawia mi przyjemność.
      O tego typu rozmyślania o wiele łatwiej w okresie sesji, gdy wszyscy studenci poddają się ogólnie panującej panice i z zaciętością walczą o zdanie kolejnego semestru. Ciążąca nad nimi świadomość, że należałoby się postarać, zakończyć zmagania na należytym poziomie, kłóci się z chęcią zrobienia czegoś ciekawego, wyjścia z domu. Do tego dochodzi ogólne zmęczenie, na które już nic nie działa, łzy bezsilności i coraz szybciej zbliżający się deadline. Prawda jest jednak taka, że niezależnie czy jesteśmy na studiach, w innego rodzaju szkole, czy już pracujemy, każdemu z nas trudno jest pogodzić przyjemności i obowiązki. Często wir pracy tak nas wciąga, że zapominamy o całym świecie. Zaczynamy patrzeć na wszystko tylko przez pryzmat tej jednej płaszczyzny w życiu, jaką jest rozwój zawodowy i zapętlamy się w niekończących dążeniach do osiągnięcia sukcesu w firmie czy na uczelni. Motywujemy się chęcią większych zarobków czy lepszych perspektyw w przyszłości, ale zapominamy o tym, że żyjemy tu i teraz, a to, co robimy na co dzień wpływa na nasze samopoczucie. Jeśli rezygnujemy z czasu dla siebie i z możliwości rozwijania swoich pasji i zainteresowań na rzecz potencjalnych osiągnięć w przyszłości, istnieje duża szansa, że w pewnym momencie do naszego życia wtargnie frustracja, zgorzkniałość i wypalenie.
        Od dawna nurtuje mnie pytanie, jak osiągnąć stan równowagi, by racjonalnie pogodzić przyjemności z obowiązkami. Jak nie dać się presji, która atakuje zewsząd i sprawia, że zaczynamy się martwić naszą przyszłością, szczególnie w kontekście materialnym? Tym, dla których pasja jest jednocześnie sposobem zarobku albo ścieżką naukową, można tylko zazdrościć. Natomiast dla innych, którzy wciąż szukają tego, co kochają, skupianie się tylko na obowiązkach do niczego dobrego nie prowadzi. Zajmowanie się tym, co nie do końca nam się podoba, podczas gdy w głowie mamy wizję oddawania się innym czynnościom, na które nie możemy sobie pozwolić, tylko zmniejsza naszą efektywność i psuje nastawienie. Ale jak w natłoku pracy znaleźć odpowiednio dużo czasu na rzeczy, które chcemy robić? Jak pomimo wielu demotywujących czynników, wciąż mieć energię, żeby to swoje życie wzbogacać o nowe doznania i doświadczenia?
        Czasami wydaje mi się, że to wszystko zakodowane jest w naszej podświadomości. Nasza mentalność sugeruje nam, że tylko praca może przynieść nam prawdziwą satysfakcję. Jednak w rzeczywistości rzadko kiedy tak jest. To te małe rzeczy, które sprawiają nam przyjemność, motywują nas najbardziej, a sukcesy w dziedzinach, którymi jesteśmy zainteresowani sprawią, że wszystko inne będzie nam lepiej wychodzić. Trzeba nauczyć się dostrzegać swoje własne potrzeby. Nie odrzucać pomysłów i pasji, tylko dlatego, że wydaje nam się, że nie mamy na nie czasu. Trzeba uwierzyć w to, że możemy robić wszystko, jeśli tylko jesteśmy wystarczająco zmobilizowani. Trzeba również wiedzieć, kiedy powiedzieć „stop” nie tylko obowiązkom, ale i przyjemnościom, które przejmują kontrolę, bo mimo że życie to coś więcej niż tylko praca, to dzięki niej często zyskujemy nowe możliwości. Nie można jej ignorować czy doprowadzać do zaległości, które w pewnym momencie są nie do ogarnięcia. Lepiej czasami zacisnąć zęby i zrobić to, co ma się do zrobienia, by później móc robić to, na co się ma ochotę.
        W wirze obowiązków i szaleństwie życia codziennego trzeba jednak pamiętać, że czasami warto zrobić sobie przerwę i wziąć oddech. Odpocząć sobie, troszkę się poobijać i spędzić czas na przyjemnościach, by potem z nową siłą zmierzyć się z kolejnym zadaniem. Na przyjemne spędzanie czasu wcale nie trzeba sobie zasłużyć godzinami ciężkiej pracy, należy jednak zaleźć sposób, by pogodzić jedno z drugim i się nie wypalić. Nikt z nas nie chce być zgorzkniałym człowiekiem, który na starość żałuje, że nie robił czegoś, co kocha, bo oddał się w całości pracy. Dlatego gdy już brakuje sił i motywacji do działania, zróbmy przerwę, na chwilę zapomnijmy o czekających obowiązkach i oddajmy się błogiemu lenistwu albo nowo wymyślonym pomysłom.
      Bo nie żyje się po to, by pracować, ale pracuje się po to, żeby żyć i robić to, co nam się żywnie podoba!


Izka

piątek, 24 maja 2013

ZAZDROŚĆ.

Żyjemy w bardzo dziwnych czasach. W czasach, których jest pełno wszystkiego i gdzie wszystko jest dostępne. Mimo to, stajemy się coraz bardziej pazerni i pragniemy coraz więcej, nawet tego, czego nawet w głębi duszy nie chcemy. Zazdrościmy innym tego, co mają, niezależnie czy jest nam to potrzebne czy nie.
Trudno mi się ustosunkować do tego, jak czują się starsi ode mnie, bardziej doświadczeni, jednak jako młodego człowieka zazdrość dopada mnie dość często. Mam nadzieję, że z wiekiem to mija i już tak nie dręczy jak teraz. Oczywiście w większości przypadków nie zdaję sobie sprawy z tego, że to, co czuję to zazdrość, bo wydaje mi się, że mnie to przecież w ogóle nie rusza, bo mam wszystko, co mi do życia niezbędne. I jeśli chodzi o rzeczy materialne, to rzeczywiście tak jest. Nie zazdroszczę innym rzeczy, które posiadają. Nie kręcą mnie czytające myśli telefony, bluzy w gwiazdy i jednorożce czy okulary z napisem w lewym górnym rogu. Nie potrzebne mi są gadżety, drogie zabawki czy dizajnerskie ciuszki. Ja jestem zazdrosna o ludzi.
Często się śmieję, że nie mam szczęścia w miłości, więc chyba powinnam nauczyć się grać w pokera. Może to byłby dobry pomysł, bo dzięki nieudanym związkom albo nieodwzajemnionym miłościom, mogłabym bez wahania obstawiać grubą forsę i wchodzić all in. Kto wie, może byłabym już sławna i bogata, a cały świat stałby przede mną otworem… Jednak mówiąc poważnie, każdy związek czy znajomość o bardziej romantycznym znaczeniu zostawiły mi coś więcej niż miłe wspomnienia. Bo mimo, że życie płynie dalej, a uczucia już się ulotniły, pozostało to drażniące uczucie zazdrości. Niezależnie czy dotyczy to nowej dziewczyny byłego chłopaka, byłej dziewczyny obecnego czy nawet byłej byłego (!) – zawsze czai się ta cząstka niepokoju i minimalnej nienawiści. Nie ma znaczenia też to, czy znam tę osobę czy nie i to, jak bardzo jest sympatyczna i jak bardzo ją lubię. Z momentem, gdy staje się wybranką mojej byłej miłości, mimo, że wciąż ją lubię i szanuję, mój stosunek do niej się zmienia i nie potrafię nic na to poradzić.
Wydaje mi się, że tego typu zazdrość jest dość powszechna. Jedni trzymają ją w sobie, inni robią sceny i sabotują nowe związki swoich byłych, jeszcze inni nagle zmieniają zdanie i udają, że nie ma to na nich żadnego wpływu i że tak naprawdę nie lubią osoby, którą wcześniej kochali. Uczucia często zmieniają się jak w kalejdoskopie. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć biegu wydarzeń, które mogą wpłynąć na to, jaki stosunek mamy do innych. Nie możemy też przewidzieć ich zachowań. Rozstania zazwyczaj przychodzą dość nagle, choć zdarza się, że przez długi czas kisimy się w atmosferze, która zwiastuje koniec. Bywają utrzymane w przyjacielskiej atmosferze, jednak znacznie częściej wiążą się z wywalaniem wszelkich brudów. Ludzie się ranią, zaczynają bez powodu nienawidzić, a potem znajdują sobie kogoś nowego, by pokazać jak bardzo ich to wszystko nie rusza. Niezależnie jednak od  tego, jak miło lub niemiło się to wszystko kończy, pozostaje w nas uczucie przynależności i praw do drugiej osoby. Ktoś był nasz i mimo, że bycie razem nie wypaliło, nie chcemy, żeby się udało z kimś innym. Życzymy byłemu ukochanemu szczęścia, ale najlepiej w pojedynkę. Niektórzy denerwują się, że znienawidzony były rozpoczął nowy związek za wcześnie (a kiedy nie jest za wcześnie?) i stresuje ich to, że układa sobie życie, a oni nie. Frustracja sięga zenitu.
Wierzę, że każda miłość jest wielka i ważna. Że każda osoba, która pojawia się w naszym życiu zmienia je i wpływa na to, jacy jesteśmy, co czujemy, jak postrzegamy świat. Wierzę też w to, że po latach, niezależnie od tego, jak skończyła lub zmieniła się dana znajomość, wciąż w pewien sposób dbamy o osobę, na której nam wcześniej zależało. Po pewnym czasie zapominamy o wspólnych problemach, kłótniach, nieporozumieniach i zostają nam tylko pozytywne wspomnienia. Mając świadomość, jak dobrze czuliśmy się w danym związku, trudno nam pogodzić się z myślą, że teraz ta osoba może czuć się lepiej z kimś innym. Nie zmienia to faktu, że nie chcemy do tego wracać, ale z powodu braku pewności siebie, potrzebujemy zapewnienia, że  jednak wspomnienia uczuć i tego, co było kiedyś nie ulatniają się tak szybko. Chcemy czuć, że miłość, która już odeszła i tak była wielka oraz że na drugą osobę wywarła taki sam wpływ jak na nas. Że zmieniła wszystko, że była miłością życia. Tylko gdy pojawia się ta kolejna dziewczyna czy ten kolejny chłopak, coś zaburza to uczucie. Coś już nie pozwala myśleć o tym, co było tylko w kontekście pięknych wspomnień. Coś, co wprowadza zamęt i często ogłupia bez powodu. Tym czymś jest nieunikniona, drażniąca zazdrość. I mimo że nie ma żadnych złych skutków, przypomina aż nazbyt dosadnie o tym, jak ważny ktoś kiedyś dla nas był.
Więc przykro mi, wszystkie byłe, teraźniejsze i przyszłe dziewczyny moich byłych i przyszłych chłopaków. Mimo że was bardzo lubię, to trochę was nie znoszę.


Izka

wtorek, 21 maja 2013

ZNAJOMOŚCI.

Przez całe nasze życie nawiązujemy niezliczoną ilość znajomości. Zaczynamy na podwórku czy pierwszego dnia w przedszkolu i tak naprawdę nigdy nie kończymy. W zależności od swoich potrzeb tworzymy mniejszą lub większą siatkę znajomości, dzieląc ją na przyjaciół, kolegów i koleżanki czy dalszych znajomych. Niezależnie jednak od tego, jak bardzo w trakcie naszego życia ta siatka się rozrośnie i która z części będzie najbardziej rozwinięta, nie bez wątpienia można stwierdzić, że jesteśmy z nią bezpowrotnie powiązani.
Jestem osobą dosyć towarzyską i staram się być aktywna w wielu dziedzinach, dlatego moja siatka znajomych jest bardzo rozległa i obejmuje ludzi w różnym wieku, o różnych zainteresowaniach i stylach życia, różnych narodowości i kultur. Nawet jeśli chodzi o najbliższych przyjaciół – rozstrzał jest na tyle duży, że trudno mi zorganizować jedną imprezę urodzinową lub wyjście na piwo, nikogo nie pomijając. Mój wolny czas spędzam z bardzo różnymi ludźmi – kolegami i koleżankami ze szkoły, znajomymi znajomych, przyjaciółmi z dzieciństwa czy poznanymi przypadkowo osobami.
Tak jak wszyscy, mam wiele kompleksów i często porównuję się z innymi, jednak wolę nie przesadzać z użalaniem się nad sobą, bo chyba jeszcze nie jest ze mną aż tak źle. Da się ze mną porozmawiać na różne tematy, jestem otwarta i raczej pozytywnie nastawiona do innych, więc wydaje mi się, że nie przynoszę nikomu wstydu w towarzystwie. Lubię spędzać aktywnie czas, dlatego zawsze można ze mną porobić coś ciekawego. Zauważyłam jednak, że często, z niewiadomych powodów, wśród niektórych ludzi czuję się mniej komfortowo. Mimo że nikt nigdy nie dał mi powodu, żebym się tak czuła, w niektórych grupach znajomych wydaję się sama sobie mniej fajna, nudniejsza, mniej przebojowa. Zdaje mi się wtedy, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia i że równie dobrze mogłabym się w ogóle nie odzywać. Próbuję wtedy odnaleźć w sobie pewność siebie i być sobą, jednak prawda jest taka, że i tak podświadomie denerwuję się, że źle wypadnę, że ktoś mnie nie polubi. Jednak zamiast popadać w paranoję, zaczynam się zastanawiać, co jest tego przyczyną, bo im lepiej poznaję tych ludzi, tym bardziej do mnie dociera, że wcale nie mam powodów, by czuć się od nich gorsza.
Niejednokrotnie jednak ludzie, porównując się z innymi, dochodzą do innych wniosków. Ci, którzy sam na sam zachowują się tak, a nie inaczej, wśród innych zupełnie zmieniają swoje oblicze. Pod wpływem braku wiary w siebie, próbują się na siłę zmieniać, by się choć trochę wpasować w towarzystwo, w którym najbardziej chcą przebywać. Zamiast zaakceptować fakt, że aby czuć się komfortowo wśród innych, należy być sobą, przywdziewają maski i obierają role. Wszystko dlatego, że nie chcą, by inni odebrali ich w sposób, w który nie chcieliby być odebrani. Dlaczego tak jest, że z pewnych powodów zakładamy, że jeśli pokażemy to, jacy jesteśmy naprawdę, ktoś nas nie polubi czy uzna, że nie jesteśmy wystarczająco fajni? Dlaczego, by stać się częścią grupy, która wydaje nam się interesująca, wybieramy powściągliwość czy nawet ukrywanie naszego prawdziwego oblicza, zamiast zachowywanie się tak, jak chcielibyśmy się zachowywać?
Przywykliśmy do faktu, że wszyscy wokół oceniają innych. Swoich najbliższych, koleżanki i kolegów, nieznajomych, mijanych na ulicy. Robimy to głównie po to, by poczuć się lepiej i podnieść swoją samoocenę, żeby się upewnić, że nie jest z nami tak źle, że ktoś ma gorzej. Jednak czy takie zachowanie nie ma też przeciwnego skutku? Wiedząc, że wraz z innymi dookoła, osądzamy innych po pozorach, wyglądzie, pierwszej rozmowie, zaczynamy panikować, że i my staniemy się ofiarą takich sądów. Tracimy przez to pewność siebie oraz poczucie własnej wartości, przez co kolejne znajomości zawieramy niepewnie i bez zaufania. Zamiast jednak od początku pokazywać, jacy jesteśmy naprawdę, podchodzimy z dystansem, badamy teren, kamuflujemy się i staramy się wywrzeć takie wrażenie, jakie wydaje nam się odpowiednie. A potem gdy zastanowimy się, ile mamy znajomych, okazuje się, że tylko garstka z nich zna nas dobrze i wie, jacy jesteśmy naprawdę.
A jesteśmy różni. Dziwni. Mamy swoje nietypowe przyzwyczajenia i nieuzasadnione schizy, których, niezależnie od tego, jak bardzo by nam zależało na zaimponowaniu innym, nie będziemy się chcieli pozbyć. Bo te małe dziwaczne szczegóły wpływają na to, kim jesteśmy i jak się ze sobą czujemy. To, jak inni jesteśmy od reszty osób, które znamy, właśnie czyni nas unikalnymi i jedynymi w swoim rodzaju. To dzięki tym smaczkom dodajemy coś od siebie do grupy, w której przebywamy.
Dlatego niezależnie czy mamy dwóch najlepszych przyjaciół, czy pięć milionów znajomych na facebooku, trzeba dać innym szansę się poznać naprawdę. Nie należy się wstydzić tego, że nie umiemy się odnaleźć w dyskusji na temat, o którym nic nie wiemy. Nie można przejmować się tym, że nie podzielamy zainteresowań swoich znajomych albo że nie kręci nas coś, co najwidoczniej kręci wszystkich wokół. Miejmy gdzieś to, że ktoś może pomyśleć, że źle się dziś ubraliśmy, tylko dlatego, że szkoda nam czasu na śledzenie trendów. Bo szkoda tych wszystkich znajomości, które nie mogą się rozwinąć tylko dlatego, że coś nas przed tym blokuje.
Jedyne, co możemy zrobić, to wyzbyć się uprzedzeń i lubić innych takimi, jakimi są oraz mieć nadzieję, że oni zrobią to samo w stosunku do nas.


Izka

sobota, 18 maja 2013

DRAMATY.

Mam dwadzieścia dwa lata i bardzo optymistycznie zakładając, że dożyję setki, nie przeżyłam nawet jednej czwartej swojego życia. Czasami jednak wydaje mi się, że doświadczyłam już tyle, że więcej się już nie może wydarzyć. Że nic mnie już nie zaskoczy i że generalnie już mogę w znudzeniu czekać na śmierć. Jestem oczywiście w błędzie, ale w tej chwili te dwadzieścia dwa lata to całe moje życie.
Dotychczas nie mogłam narzekać na nudę w żadnej sferze mojego życia. Nawet jeśli przychodził zastój i gdy mogło się wydawać, że nic się nie dzieje, zawsze znajdowałam sposób, żeby sobie to życie urozmaicić. Urozmaicenie to częściej wiązało się z komplikacją niż osiągnięciem niezachwianego szczęścia, ale jestem jedną z tych osób, wokół których nieustannie musi się coś dziać, niezależnie od tego, czy skończy się to sukcesem czy porażką. Czasami wydaje mi się, że cierpię na mentalne ADHD i potrzebuję ciągłych bodźców. Oczywiście nie wszystkie bodźce są tymi, które mnie pobudzają, dlatego wciąż szukam tego, co na mnie działa najmocniej. Zmieniam zajęcia, zmieniam zdanie, zmieniam myśli, zmieniam podejście. Czasami się czegoś uczepiam na dłużej, ale ostatecznie i tak od tego uciekam.
Kilka miesięcy temu postanowiłam zmienić moją filozofię życiową. Postanowiłam przestać się przejmować tym, co nie jest warte moich nerwów. Postanowiłam się nie stresować nadmiernie, nie złościć i nie smucić. Chciałam pozbyć się zbędnych emocji, żeby móc się delektować tym, czym się w życiu powinno delektować – pozytywnymi szczegółami, które często przesłonięte są przez nasze nastawienie i negatywne odczucia. Na różnorodność emocji nigdy nie mogłam narzekać. Ludzie wokół od zawsze zapewniali mi niezliczoną ilość doznań, przez co dramaty (często z dużą dozą komedii) stały się moją specjalnością. Dramaty jednak mają to do siebie, że człowiek się nimi przejmuje, bierze do siebie i rozpamiętuje. Analizuje, przeżywa na nowo, wyrywa sobie włosy z głowy, umiera ze smutku albo robi coś jeszcze innego.
Ludzie znają mnie bardziej jako osobę, z której (lub z którą, mam nadzieję) wszyscy się śmieją. Zawsze liczą na to, że powiem coś zabawnego i dlatego chyba coraz częściej zauważam, że nawet wykładowcy nie traktują mnie do końca poważnie. Z jednej strony trochę mnie to przeraża, a z drugiej myślę sobie, że ci, którzy powinni, wiedzą, że i mnie dopadają skutki życiowych dramatów. Czasami nawet dopadają i nie chcą puścić przez długi czas. Łapię doły, jak wszyscy, wkręcam sobie smutki. Czepiam się jakichś wyimaginowanych uczuć, które wydają mi się nie do ogarnięcia, które przejmują kontrolę nad moim całym światem. Zamiast widzieć pozytywy, skupiam się na tym, co najgorsze, a co zazwyczaj rodzi się w mojej głowie z nudów. Odkąd stwierdziłam, że moje problemy są tak duże, jak duże je sama uczynię, staram się wprowadzać moją filozofię w życie. Nie jest to łatwe, ale przy odrobinie samozaparcia, można nauczyć się pozytywnego myślenia. Jeśli się tylko chce, można próbować żyć tak, by rzeczy, które nam się przytrafiają nie były ciągłymi dramatami, problemami, komplikacjami, a raczej wprowadzały smaczki, urozmaicały życie, kształtowały to, kim jesteśmy i czego chcemy. Wbrew pozorom z każdej dramatycznej sytuacji można wyciągnąć jakieś wnioski, dowiedzieć się czegoś o sobie i innych, zamiast skupiać się tylko na tym, jaką jest się ofiarą niesprawiedliwości losu i zastanawiać się, czemu akurat nam w życiu nie wychodzi. Gdy tylko odsunie się od siebie negatywne myśli, można osiągnąć niezachwiany spokój i taki stan umysłu, w którym w końcu dostrzega się te piękne szczegóły wokół, nie tracąc energii na niepotrzebne smutki.
Jednak czasami kiedy już się jest w takim pozytywnym transie i wszystko wydaje się piękne i na miejscu, zdarza się coś nieoczekiwanego. A gdy los znienacka rzuca kłody pod nogi, nawet mimo szczerych chęci, człowiek poddaje się negatywnej energii i traci motywację, a uśmiech zastępuje smutna buzia. Mnie również dopada czasami to uczucie, gdy wydaje mi się, że już nic mnie dobrego w życiu nie spotka. Już się nigdy nie zakocham, nie znajdę swojej pasji, nie zrealizuję najskrytszych marzeń czy planów. I że już będzie tylko smutno i samotnie, i w ogóle beznadziejnie. Bo czy może mi się przytrafić coś lepszego niż to, co mi się już przytrafiło?
A potem sobie myślę, że to jakaś głupota. Przecież mam dwadzieścia dwa lata. Biorąc pod uwagę fakt, że zaczęłam w pełni świadomie i bardziej intensywnie przeżywać wszystko, gdy byłam czternastolatką – to tylko tak naprawdę przez ostatnie osiem lat działo się coś przewrotnego. A czym jest osiem lat w porównaniu do siedemdziesięciu ośmiu, które zamierzam jeszcze przeżyć?
Mogę się spokojnie otrząsnąć z kolejnego dramatu, z uśmiechem na twarzy iść przez życie i z niecierpliwością wyczekiwać nowych, cudownych doznań, które po raz kolejny zmienią mój świat.

A jak się zrobi nudno, to coś się wymyśli. Co się będę przejmować.


Izka

wtorek, 14 maja 2013

SAMODZIELNOŚĆ.

Jestem jedynaczką. Dla wielu ludzi oznacza to, że zapewne jestem rozpieszczona, nie potrafię się dzielić, chcę, żeby mi non stop dogadzano. Wolę myśleć, że jest inaczej, ale nie mnie to oceniać.
Tak czy inaczej nie mogę powiedzieć, że mi czegokolwiek w dzieciństwie brakowało. Moi rodzice zawsze starali się zapewnić mi to, co najlepsze, zachęcali do rozwijania swoich zainteresowań, dawali mi szanse robienia rzeczy, których zapewne część dzieci nie miała okazji spróbować. Mimo to zawsze ubolewałam nad tym, że nie mam rodzeństwa. Wydawało mi się, że wszyscy moi bliscy kiedyś umrą, a ja zostanę sama. Mimo że prosiłam mamę, żeby mi kupiła braciszka, nie doczekałam się tego niestety i od zawsze sama musiałam sobie zapewniać rozrywki lub szukać przyjaciół.
Choć wychowywałam się sama, nigdy nie czułam się rozpieszczana. Być może z powodu tego, co u mnie w rodzinie żartobliwie określa się „zimnym chowem”. Wszyscy moi bliscy dbali o to, żebym była samodzielna, odpowiedzialna, umiała sobie w życiu poradzić. Nikt nade mną nie skakał, nie głaskał po główce, nikt się nade mną nie użalał. Dopóki było to możliwe, miałam sama próbować pokonywać trudności, załatwiać sprawy i rozwiązywać problemy. Dzięki byciu najstarszą wnuczką moich dziadków oraz córką i synem w jednym dla moich  rodziców, nabyłam mnóstwo umiejętności, mniej lub bardziej przydatnych - od gotowania czy robienia na drutach po udrożnianie rur i obsługę szlifierki. Za wszystko to jestem im naprawdę wdzięczna. Nauczyłam się kombinować, gdy czegoś nie wiem i samodzielnie szukać rozwiązań, bo z jakiegoś powodu nie lubię prosić innych o pomoc. Nie jestem też przyzwyczajona do tego, że ktoś się o mnie martwi. Przynajmniej nie do tego, że martwi się jawnie i o tym mówi. Dziwnie się czuję, gdy moi znajomi interesują się, czy dotarłam w całości do domu, czy przypadkiem nie odeszłam z kimś obcym, czy wszystko u mnie w porządku. Chcą mnie odprowadzać albo przygarniać. A ja się za każdym razem dziwię, o co im chodzi. Mimo że doceniam ich wysiłki, wychodzę z założenia, że potrafię o siebie zadbać.
Jednak często gdy obserwuję samą siebie i ludzi wokoło, nasuwa mi się pytanie, do czego taka niezależność prowadzi. Każdy z nas, nawet ci najbardziej samodzielni, czasami potrzebują wytchnienia. Od czasu do czasu przychodzi moment, kiedy już się nie chce robić wszystkiego samemu, gdy chce się to wszystko rzucić i poczekać, aż ktoś zrobi coś za nas. Ciągłe ogarnianie wszystkiego i trzymanie ręki na pulsie męczy i frustruje, ale gdy większość jest przyzwyczajona, że sobie ze wszystkim radzimy, wychodzimy z założenia, że musimy sprostać tym wymaganiom. Często też sami nie chcemy nikogo zawieść, poddając się chwili słabości, więc mimo braku sił i chęci, robimy to, czego oczekują inni. Dorastanie, niestety lub na szczęście, wiąże się z usamodzielnianiem. Mimo że wychowujemy się i idziemy przez życie wśród ludzi, odpowiedzialność za nasze życie przypada nie komu innemu, a nam. I gdzieś po drodze, w trakcie dojrzewania stajemy się prawie całkowicie niezależni od innych. Nie chodzi oczywiście o przyjaźnie i znajomości, chociaż i one ulegają zmianom. Niezależnie od planów innych, układamy sobie życie, wybieramy ścieżkę, którą będziemy podążać, realizujemy pomysły. Stopniowo coraz mniej chcemy i coraz mniej możemy polegać na innych.
Nie mniej jednak przyjaźń i relacje międzyludzkie odgrywają niemałą rolę. Im starsi jesteśmy, tym bardziej oddalamy się od swoich przyjaciół i bliskich z dzieciństwa. Nie dlatego, że przestajemy się lubić, ale dlatego, że usamodzielniamy się w kontekście zakładania swojej rodziny, robienia kariery. Jeszcze nawet nie zaczęliśmy na dobre dorosłego życia, a jak często się zdarza, że tracimy z kimś kontakt tylko dlatego, że pochłonął go nowy związek. Jak często zdarza się, że zaszywamy się i stronimy od ludzi dlatego, że tego związku nie mamy. Tworzymy sobie świat w pojedynkę. Mając poczucie, że wszystko możemy zrobić sami, w pewnym momencie obecność innych nie jest już nam tak niezbędna, jak by się mogło wydawać. Przynajmniej nie w kwestii szukania pomocy czy opieki. Zapominamy o tym, że mimo wszystko mamy wokół siebie (może nie na co dzień) ludzi, na których możemy polegać.
W wirze pracy, obowiązków, rozwiązywania codziennych problemów nie zauważamy, że mimo iż cenimy sobie swoją niezależność, często po prostu potrzebujemy kogoś, kto nie tyle będzie nas trzymał za rękę, ale stał obok i wspierał w tej naszej podróży przez życie. Gdy zwalniamy tempo i zauważamy, że jesteśmy sami, doceniamy troskę najbliższych, niezależnie czy o niej mówią, czy tylko nad nami czuwają. Świetnie podążać własnymi ścieżkami, ale w momentach słabości nie należy zapominać o tym, że czasami warto porzucić swoją dumę i uprzedzenia i zwrócić się o pomoc do tych, którym na nas zależy.
Bo choć dobrze jest żyć w pojedynkę, to niedaleko jest od samodzielności do samotności.


Izka

piątek, 10 maja 2013

ŻYCIE STUDENCKIE.

Z dedykacją dla wszystkich, którzy spędzili ze mną Juwenalia i tych, którzy nie mogli, bo są na architekturze.

Choć czasem narzekam i schizuję,
Niczego poważnego mi nie brakuje.
Czasami jednak popadam w rutynę.
Jak wyjdzie to może odwiedzę rodzinę,
Pojadę gdzieś, zrobię coś ciekawego,
Jednak codzienność to raczej nic specjalnego.
Ogranicza się tylko do zajęć na uczelni
I od czasu do czasu spaceru po dzielni.
W kółko tylko robię te głupie projekty,
A gdzie są, ja się pytam, tego efekty?
Architekci przykuci non stop do biurek,
Męczą się, by uniknąć kursów powtórek.
Z domu nie wychodzą, bo mają oddanie,
Energetyki piją, nie mają czasu na spanie.
Zmęczeni jesteśmy tą ciągłą pracą,
Łudząc się, że wysiłki się w końcu opłacą.

Najchętniej byśmy energią tryskali,
lecz zamiast tego jesteśmy zgorzkniali.
Frustruje mnie to od czasu do czasu,
Bo o to jest zawsze tyle hałasu -
Że życie studenckie w końcu przeminie
I trzeba będzie zacząć myśleć o rodzinie.
Że już trzeba się będzie ogarnąć i skupić,
Znaleźć męża, wziąć ślub i złe nawyki rzucić.
Szaleństwo się skończy i co pozostanie?
Jak wyjdzie to praca, dom, dzieci, sprzątanie.
A to wszystko i tak nie wygląda ciekawie.
Powinnam powiększać portfolio w obawie
O to, co będzie, choć wciąż studiuję,
Bo ciągle jest kryzys i nikt nie buduje.
A gdy inwestycji wciąż będzie brakować,
to tylko najlepsi zaczną pracować.

Ale martwić się na zapas nie ma powodu,
Przez całe życie możemy się uczyć zawodu.
Może jest to architekt, może mam szukać dalej -
Nie przewidzę przyszłości i jej niespodzianek.
Ostatnią mam szansę, by się wyszaleć,
W granicach rozsądku wywoływać skandale.
Jeśli kariera ma zawładnąć mym życiem za rok,
to na razie w dorosłość odkładam krok.
Chcę dodać koloru do szarości życia -
Wyjść z domu i zobaczyć, co jest do odkrycia.
Trzeba olać projekty od czasu do czasu,
I przestać być grupą architektonicznych smutasów.
Pójść na wyspę, na teki, czy na domówkę,
dobrze się bawić, a nie odwalać charówkę.
Z innych powodów wolę być niewyspana,
na przykład z powodu zabawy do rana.

Bo rzeczy, których nie robisz codziennie,
Dodają smaku i bawią niezmiernie.
A wokół jest przecież tyle możliwości -
Można spotkać ludzi, nawiązać znajomości.
Poczuć inne niż zwykle muzyczne klimaty,
Pogadać na różne, dziwne tematy.
Spotkać kumpla, którego się wieki nie widziało,
Z którym rozmów i tańców jest ciągle mało.
Z kolegami z podwórka odkurzyć relacje,
Oglądać z uśmiechem ich pijackie akrobacje.
Inspirują mnie bardzo takie spotkania,
Poprawiają humor, napędzają do działania.
To dzięki nim wpadają pomysły do głowy,
Dlatego ten tekst jest dość nietypowy.
Rymy spod mych palców wyskakują bez kłopotu,
Bo ostatnie dwa dni mijały w rytmie hip hopu.

Peace out.

http://www.youtube.com/watch?v=kcUyTMtGow4

Izka

niedziela, 5 maja 2013

SEKRECIKI.

Nie mów jej, że wiesz, bo to jest chyba jakiś sekret. Miałam nic nie mówić.
Nikt się nie może o tym dowiedzieć. Jakby on wiedział, że wiesz, to by mnie zabił.
Mam nadzieję, że to zostanie między nami. To będzie nasz sekret. Sekrety są fajne.

Ostatnimi czasy coraz więcej zauważam rzeczy, które wcześniej mi w jakiś sposób umykały albo może było ich mniejsze natężenie. Zauważyłam, że większość osób, z którymi spotykam się na co dzień, boi się innych. To musi być lęk, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że tak często nie mówimy innym prawdy?
Nie lubię kłamać. Wydaje mi się to totalnie niepotrzebne i zabiera za dużo energii. Nie mam głowy do zapamiętywania, komu co powiedziałam, a komu mam czegoś nie mówić. Kłamstwo trzeba kontrolować, czasami pielęgnować, dbać, by nie urosło do niewyobrażalnych rozmiarów. No i żeby nie wyszło na jaw w najmniej odpowiednim momencie. Ale kłamstwo często przychodzi łatwiej niż powiedzenie prawdy. Łatwiej opowiedzieć zmyśloną historię, niż przyznać się do złego uczynku. Można wybielić swój wizerunek, trochę się wykreować. Łatwiej też nic nie mówić, niż powiedzieć coś miłego. Łatwiej wymyślić wymówkę, niż się wytłumaczyć.
Nie znoszę sekretów i nie rozumiem ich istnienia. Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że tylko jednej rzeczy nikomu nigdy nie powiedziałam i nie jest to nawet coś, o czym nikt nie wie. Jest to rzecz, której się wstydzę, a która nawet mnie nie dotyczy. Natomiast kłębi mi się w głowie milion sekretów innych. Większość z nich nie jest ani kompromitująca, ani zła. Z pewnych powodów (często totalnie dla mnie niezrozumiałych) ludzie wolą ukrywać coś, co zrobili, niż to zignorować i zobaczyć, że nic się nie stanie, jeśli prawda wyjdzie na jaw. A nawet jeśli ma to prowadzić do jakichś komplikacji, to czemu się przed nimi w nieskończoność chować, zamiast raz, a porządnie stawić im czoła?
Nie wstydzę się niczego, co zrobiłam, niczego też nie żałuję, bo nawet najgorsze rzeczy w jakiś sposób na mnie wpływały i kształtowały mój charakter. Niektóre dziś wydają się wręcz śmieszne, niektóre wciąż na mnie działają i wywołują mieszane uczucia. Nie mam problemów z mówieniem o sobie, o tym, co sądzę o innych, czy o wszystkim, co obserwuję i o czym myślę. Tylko nie zawsze ma to sens i nie zawsze ktoś chce mnie słuchać. Owszem, bywa że jest mi strasznie głupio, że coś zrobiłam. Że mogłam pomyśleć, zanim coś powiedziałam. Ale takie są konsekwencje popełniania błędów, bycia młodym człowiekiem. Albo człowiekiem generalnie. I trudno w takim wypadku oceniać innych, jeśli samemu ma się swoje grzeszki na sumieniu. A każdy je ma.
Wszyscy mają kompleksy i nie chcą, żeby ktoś o nich wiedział. Boją się pokazać swoje ciało innym, wstydzą się brzuchów, nóg, tyłków i innych części ciała, a brak pewności siebie ukrywają pod głupimi żartami, modnymi ciuchami, cwaniackimi zagraniami. Chłopcy chcą przelecieć swoje koleżanki i mówią o tym z dumą swoim kolegom, mimo że nic w tym kierunku nie robią. Te koleżanki o tym wszystkim wiedzą i nie mogą lub nie chcą nic z tą wiedzą zrobić. Ludzie ze sobą sypiają, nawet jeśli są przyjaciółmi od miliona lat, znajomymi ze studiów albo się w ogóle nie znają. Sypiają z dużo młodszymi, dużo starszymi, mężami, żonami (nie swoimi), nauczycielami, rozwodnikami, wdowami. Po pijaku, na trzeźwo, z zabezpieczeniem i bez. Faceci sypiają ze swoimi byłymi. Dziewczyny też. Niezależnie od płci, ludzie się zdradzają. Mniej lub bardziej perfidnie. Dziewczyny mają ochotę na wiele niegrzecznych rzeczy, mają dzikie fantazje i bywają równie obleśne i agresywne, co chłopcy. Oni wbrew pozorom płaczą, gdy mają złamane serca, załamują się, gdy ktoś nie odwzajemni ich uczuć. Dziewczyny umawiają się z byłymi swoich koleżanek za ich plecami, lecą na kolegów albo braci swoich chłopaków. Oni natomiast sypiają z dziewczynami, które podobają się ich kumplom. Ludzie kochają się też w sobie i zazwyczaj inni to widzą, nawet jeśli nikt się do tego nie chce przyznać. Z miłości popadają w depresję, zaszywają się w domu albo wyrywają wszystko, co się rusza. Kochają się krótko i intensywnie albo długo i destrukcyjnie. Lubią się i nienawidzą.

No i co z tego.
Szkoda czasu na niedopowiedzenia i uczucia trzymane w tajemnicy.

czwartek, 2 maja 2013

CZAS, START.

Początek miesiąca jest momentem sprzyjającym rozpoczynaniu nowych rzeczy. Zmienianiu swojego życia. Szczególnie, gdy długi weekend majowy, który teoretycznie powinien być wolny od pracy i trosk, zwiastuje zalegające obowiązki, z którymi trzeba będzie się zmierzyć. Ale żeby jednak odsapnąć i nie zadręczać się tym, czym powinno się zajmować, twórcza praca jest idealną rozgrzewką. Dlatego właśnie dziś zamieszczam mój pierwszy wpis i łudzę się, że szybko nie przestanę dodawać kolejnych.
Zawsze uważałam siebie oraz byłam postrzegana przez innych jako osoba kreatywna, z niezliczoną ilością pomysłów. I owszem, czasami kłębią się one w mojej głowie w wielu kształtach, formach i kolorach. Często nie nadążam za moimi myślami, szczególnie jeśli chodzi o zmiany planów życiowych. Jeśli dziś powiedziałam Ci, że rzucam studia i wyjeżdżam do Irlandii, nie bierz tego do siebie, bo jutro zapragnę studiować reżyserię w Łodzi.
Mimo że rzeczywiście większość moich pomysłów jest lekko oderwana od rzeczywistości, często zastanawiam się, co powoduje, że ich nie realizuję. Obserwuję również moich znajomych, którzy nie do końca są zadowoleni z tego, co w życiu robią albo dokąd zmierzają i dociera do mnie, jakim strasznie zagubionym pokoleniem jesteśmy. Wszyscy marzymy o sukcesie, wielkiej karierze. Szukamy źródła szczęścia, satysfakcji i pieniędzy, ale po drodze znajdujemy głównie frustrację. Narzekamy na uczelnię, pracę, nasze miasto i kraj. Wszędzie jest źle, wszystko jest okropne, nie ma perspektyw. Boże, jak nam źle! Każdy chce wyjechać, rzucić studia, przeżyć przygodę, odnaleźć sens życia, ale prawda jest taka, że na pomysłach się kończy, a my stajemy się zgorzkniali, bo nie dostaliśmy tego, czego tak bardzo pragnęliśmy.
Z pewnych powodów rezygnujemy z własnych marzeń i pomysłów. Często dlatego, że realizacja wydaje się trudna, wręcz niemożliwa. Wątpimy we własne umiejętności i talenty, boimy się reakcji innych, często sprzeciwu rodziców. Nie jest łatwo odnaleźć się w świecie przepełnionym praktycznie wszystkim – informacjami, zasobami, usługami, ludźmi. W świecie, gdzie żeby się wybić i wyróżnić, trzeba albo błyszczeć nieprawdopodobną inteligencją, albo mieć szczęście, albo szokować brakiem obu. Jesteśmy pokoleniem przeciętniaków i to zdecydowanie demotywuje do jakiegokolwiek działania. Ale czy to oznacza, że nas nie stać, by to zmienić? Można by rozpocząć kolejną dyskusję, że to wina państwa, bo w szkołach zamiast pielęgnować odmienność, szufladkuje się i uczy schematami. Że się mało zarabia, by spełniać swoje marzenia, a większość z tych nędznych zarobków i tak znika w czeluściach Urzędu Skarbowego. Że jak tu się rozwijać i realizować, jak wszystko wokół rzuca kłody pod nogi. Że trzeba tyle pracować, że się już nie ma czasu na nic. Ale co takie dyskusje w ogóle wnoszą?
To, co napiszę, zabrzmi ckliwie, ale bez hipsterskiego zabarwienia, jest bardzo prawdziwe. Żyje się niestety tylko raz i szkoda odrzucać szanse tylko z powodu strachu lub trudności. Szkoda czasu na bycie zgorzkniałym, narzekanie i zastanawianie się, jak by było, gdyby nie było, jak jest. Chcesz coś zrobić, zrób to. Masz pomysł, zrealizuj go. Pasjonuje Cię coś, oddaj się temu i stań się w tym mistrzem. Nie wiesz, czego chcesz, szukaj i próbuj wszystkiego. Owszem, plany i fantazje ulegają zmianom, my dojrzewamy, odnajdujemy swoje priorytety. Ale nawet najmniejsze pomysły mogą prowadzić do czegoś nieoczekiwanego, nadać życiu kolor. Więc zacznijmy robić rzeczy, zamiast siedzieć i się zastanawiać, czy aby na pewno warto.
Właśnie dlatego zaczynam tu pisać.

http://www.youtube.com/watch?v=Yam5uK6e-bQ

Izka