Jestem
jedynaczką. Dla wielu ludzi oznacza to, że zapewne jestem rozpieszczona, nie
potrafię się dzielić, chcę, żeby mi non stop dogadzano. Wolę myśleć, że jest
inaczej, ale nie mnie to oceniać.
Tak czy
inaczej nie mogę powiedzieć, że mi czegokolwiek w dzieciństwie brakowało. Moi
rodzice zawsze starali się zapewnić mi to, co najlepsze, zachęcali do
rozwijania swoich zainteresowań, dawali mi szanse robienia rzeczy, których
zapewne część dzieci nie miała okazji spróbować. Mimo to zawsze ubolewałam nad
tym, że nie mam rodzeństwa. Wydawało mi się, że wszyscy moi bliscy kiedyś umrą,
a ja zostanę sama. Mimo że prosiłam mamę, żeby mi kupiła braciszka, nie
doczekałam się tego niestety i od zawsze sama musiałam sobie zapewniać rozrywki
lub szukać przyjaciół.
Choć wychowywałam
się sama, nigdy nie czułam się rozpieszczana. Być może z powodu tego, co u mnie
w rodzinie żartobliwie określa się „zimnym chowem”. Wszyscy moi bliscy dbali o
to, żebym była samodzielna, odpowiedzialna, umiała sobie w życiu poradzić. Nikt
nade mną nie skakał, nie głaskał po główce, nikt się nade mną nie użalał.
Dopóki było to możliwe, miałam sama próbować pokonywać trudności, załatwiać
sprawy i rozwiązywać problemy. Dzięki byciu najstarszą wnuczką moich dziadków
oraz córką i synem w jednym dla moich
rodziców, nabyłam mnóstwo umiejętności, mniej lub bardziej przydatnych -
od gotowania czy robienia na drutach po udrożnianie rur i obsługę szlifierki. Za
wszystko to jestem im naprawdę wdzięczna. Nauczyłam się kombinować, gdy czegoś
nie wiem i samodzielnie szukać rozwiązań, bo z jakiegoś powodu nie lubię prosić
innych o pomoc. Nie jestem też przyzwyczajona do tego, że ktoś się o mnie
martwi. Przynajmniej nie do tego, że martwi się jawnie i o tym mówi. Dziwnie
się czuję, gdy moi znajomi interesują się, czy dotarłam w całości do domu, czy
przypadkiem nie odeszłam z kimś obcym, czy wszystko u mnie w porządku. Chcą
mnie odprowadzać albo przygarniać. A ja się za każdym razem dziwię, o co im
chodzi. Mimo że doceniam ich wysiłki, wychodzę z założenia, że potrafię o
siebie zadbać.
Jednak często
gdy obserwuję samą siebie i ludzi wokoło, nasuwa mi się pytanie, do czego taka
niezależność prowadzi. Każdy z nas, nawet ci najbardziej samodzielni, czasami
potrzebują wytchnienia. Od czasu do czasu przychodzi moment, kiedy już się nie
chce robić wszystkiego samemu, gdy chce się to wszystko rzucić i poczekać, aż
ktoś zrobi coś za nas. Ciągłe ogarnianie wszystkiego i trzymanie ręki na pulsie
męczy i frustruje, ale gdy większość jest przyzwyczajona, że sobie ze wszystkim
radzimy, wychodzimy z założenia, że musimy sprostać tym wymaganiom. Często też
sami nie chcemy nikogo zawieść, poddając się chwili słabości, więc mimo braku
sił i chęci, robimy to, czego oczekują inni. Dorastanie, niestety lub na
szczęście, wiąże się z usamodzielnianiem. Mimo że wychowujemy się i idziemy
przez życie wśród ludzi, odpowiedzialność za nasze życie przypada nie komu
innemu, a nam. I gdzieś po drodze, w trakcie dojrzewania stajemy się prawie
całkowicie niezależni od innych. Nie chodzi oczywiście o przyjaźnie i
znajomości, chociaż i one ulegają zmianom. Niezależnie od planów innych, układamy
sobie życie, wybieramy ścieżkę, którą będziemy podążać, realizujemy pomysły.
Stopniowo coraz mniej chcemy i coraz mniej możemy polegać na innych.
Nie mniej
jednak przyjaźń i relacje międzyludzkie odgrywają niemałą rolę. Im starsi
jesteśmy, tym bardziej oddalamy się od swoich przyjaciół i bliskich z
dzieciństwa. Nie dlatego, że przestajemy się lubić, ale dlatego, że
usamodzielniamy się w kontekście zakładania swojej rodziny, robienia kariery.
Jeszcze nawet nie zaczęliśmy na dobre dorosłego życia, a jak często się zdarza,
że tracimy z kimś kontakt tylko dlatego, że pochłonął go nowy związek. Jak
często zdarza się, że zaszywamy się i stronimy od ludzi dlatego, że tego
związku nie mamy. Tworzymy sobie świat w pojedynkę. Mając poczucie, że wszystko
możemy zrobić sami, w pewnym momencie obecność innych nie jest już nam tak
niezbędna, jak by się mogło wydawać. Przynajmniej nie w kwestii szukania pomocy
czy opieki. Zapominamy o tym, że mimo wszystko mamy wokół siebie (może nie na
co dzień) ludzi, na których możemy polegać.
W wirze pracy,
obowiązków, rozwiązywania codziennych problemów nie zauważamy, że mimo iż
cenimy sobie swoją niezależność, często po prostu potrzebujemy kogoś, kto nie
tyle będzie nas trzymał za rękę, ale stał obok i wspierał w tej naszej podróży
przez życie. Gdy zwalniamy tempo i zauważamy, że jesteśmy sami, doceniamy
troskę najbliższych, niezależnie czy o niej mówią, czy tylko nad nami czuwają.
Świetnie podążać własnymi ścieżkami, ale w momentach słabości nie należy
zapominać o tym, że czasami warto porzucić swoją dumę i uprzedzenia i zwrócić
się o pomoc do tych, którym na nas zależy.
Bo choć dobrze
jest żyć w pojedynkę, to niedaleko jest od samodzielności do samotności.
Izka
Też jestem jedynaczką.
OdpowiedzUsuńTeż jestem "zosią-samosią".
I też czasem pięty podgryza mi samotność. Ciekawe co będzie dalej, nie? :)
K.M.