Mam
dwadzieścia dwa lata i bardzo optymistycznie zakładając, że dożyję setki, nie przeżyłam nawet jednej
czwartej swojego życia. Czasami jednak wydaje mi się, że doświadczyłam już
tyle, że więcej się już nie może wydarzyć. Że nic mnie już nie zaskoczy i że
generalnie już mogę w znudzeniu czekać na śmierć. Jestem oczywiście w błędzie,
ale w tej chwili te dwadzieścia dwa lata to całe moje życie.
Dotychczas nie
mogłam narzekać na nudę w żadnej sferze mojego życia. Nawet jeśli przychodził
zastój i gdy mogło się wydawać, że nic się nie dzieje, zawsze znajdowałam
sposób, żeby sobie to życie urozmaicić. Urozmaicenie to częściej wiązało się z
komplikacją niż osiągnięciem niezachwianego szczęścia, ale jestem jedną z tych
osób, wokół których nieustannie musi się coś dziać, niezależnie od tego, czy
skończy się to sukcesem czy porażką. Czasami wydaje mi się, że cierpię na
mentalne ADHD i potrzebuję ciągłych bodźców. Oczywiście nie wszystkie bodźce są
tymi, które mnie pobudzają, dlatego wciąż szukam tego, co na mnie działa
najmocniej. Zmieniam zajęcia, zmieniam zdanie, zmieniam myśli, zmieniam
podejście. Czasami się czegoś uczepiam na dłużej, ale ostatecznie i tak od tego uciekam.
Kilka miesięcy
temu postanowiłam zmienić moją filozofię życiową. Postanowiłam przestać się
przejmować tym, co nie jest warte moich nerwów. Postanowiłam się nie stresować
nadmiernie, nie złościć i nie smucić. Chciałam pozbyć się zbędnych emocji, żeby
móc się delektować tym, czym się w życiu powinno delektować – pozytywnymi szczegółami,
które często przesłonięte są przez nasze nastawienie i negatywne odczucia. Na
różnorodność emocji nigdy nie mogłam narzekać. Ludzie wokół od zawsze
zapewniali mi niezliczoną ilość doznań, przez co dramaty (często z dużą dozą
komedii) stały się moją specjalnością. Dramaty jednak mają to do siebie, że
człowiek się nimi przejmuje, bierze do siebie i rozpamiętuje. Analizuje,
przeżywa na nowo, wyrywa sobie włosy z głowy, umiera ze smutku albo robi coś
jeszcze innego.
Ludzie znają
mnie bardziej jako osobę, z której (lub z którą, mam nadzieję) wszyscy się
śmieją. Zawsze liczą na to, że powiem coś zabawnego i dlatego chyba coraz
częściej zauważam, że nawet wykładowcy nie traktują mnie do końca poważnie. Z
jednej strony trochę mnie to przeraża, a z drugiej myślę sobie, że ci, którzy
powinni, wiedzą, że i mnie dopadają skutki życiowych dramatów. Czasami nawet
dopadają i nie chcą puścić przez długi czas. Łapię doły, jak wszyscy, wkręcam
sobie smutki. Czepiam się jakichś wyimaginowanych uczuć, które wydają mi się
nie do ogarnięcia, które przejmują kontrolę nad moim całym światem. Zamiast widzieć
pozytywy, skupiam się na tym, co najgorsze, a co zazwyczaj rodzi się w mojej
głowie z nudów. Odkąd stwierdziłam, że moje problemy są tak duże, jak duże je
sama uczynię, staram się wprowadzać moją filozofię w życie. Nie jest to łatwe,
ale przy odrobinie samozaparcia, można nauczyć się pozytywnego myślenia. Jeśli
się tylko chce, można próbować żyć tak, by rzeczy, które nam się przytrafiają
nie były ciągłymi dramatami, problemami, komplikacjami, a raczej wprowadzały
smaczki, urozmaicały życie, kształtowały to, kim jesteśmy i czego chcemy. Wbrew
pozorom z każdej dramatycznej sytuacji można wyciągnąć jakieś wnioski,
dowiedzieć się czegoś o sobie i innych, zamiast skupiać się tylko na tym, jaką
jest się ofiarą niesprawiedliwości losu i zastanawiać się, czemu akurat nam w
życiu nie wychodzi. Gdy tylko odsunie się od siebie negatywne myśli, można
osiągnąć niezachwiany spokój i taki stan umysłu, w którym w końcu dostrzega się
te piękne szczegóły wokół, nie tracąc energii na niepotrzebne smutki.
Jednak czasami
kiedy już się jest w takim pozytywnym transie i wszystko wydaje się piękne i na
miejscu, zdarza się coś nieoczekiwanego. A gdy los znienacka rzuca kłody pod
nogi, nawet mimo szczerych chęci, człowiek poddaje się negatywnej energii i
traci motywację, a uśmiech zastępuje smutna buzia. Mnie również dopada czasami
to uczucie, gdy wydaje mi się, że już nic mnie dobrego w życiu nie spotka. Już
się nigdy nie zakocham, nie znajdę swojej pasji, nie zrealizuję najskrytszych
marzeń czy planów. I że już będzie tylko smutno i samotnie, i w ogóle
beznadziejnie. Bo czy może mi się przytrafić coś lepszego niż to, co mi się już
przytrafiło?
A potem sobie
myślę, że to jakaś głupota. Przecież mam dwadzieścia dwa lata. Biorąc pod uwagę
fakt, że zaczęłam w pełni świadomie i bardziej intensywnie przeżywać wszystko,
gdy byłam czternastolatką – to tylko tak naprawdę przez ostatnie osiem lat
działo się coś przewrotnego. A czym jest osiem lat w porównaniu do
siedemdziesięciu ośmiu, które zamierzam jeszcze przeżyć?
Mogę się
spokojnie otrząsnąć z kolejnego dramatu, z uśmiechem na twarzy iść przez życie
i z niecierpliwością wyczekiwać nowych, cudownych doznań, które po raz kolejny
zmienią mój świat.
A jak się zrobi nudno, to coś się wymyśli. Co się będę przejmować.
Izka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz