Translate

sobota, 18 maja 2013

DRAMATY.

Mam dwadzieścia dwa lata i bardzo optymistycznie zakładając, że dożyję setki, nie przeżyłam nawet jednej czwartej swojego życia. Czasami jednak wydaje mi się, że doświadczyłam już tyle, że więcej się już nie może wydarzyć. Że nic mnie już nie zaskoczy i że generalnie już mogę w znudzeniu czekać na śmierć. Jestem oczywiście w błędzie, ale w tej chwili te dwadzieścia dwa lata to całe moje życie.
Dotychczas nie mogłam narzekać na nudę w żadnej sferze mojego życia. Nawet jeśli przychodził zastój i gdy mogło się wydawać, że nic się nie dzieje, zawsze znajdowałam sposób, żeby sobie to życie urozmaicić. Urozmaicenie to częściej wiązało się z komplikacją niż osiągnięciem niezachwianego szczęścia, ale jestem jedną z tych osób, wokół których nieustannie musi się coś dziać, niezależnie od tego, czy skończy się to sukcesem czy porażką. Czasami wydaje mi się, że cierpię na mentalne ADHD i potrzebuję ciągłych bodźców. Oczywiście nie wszystkie bodźce są tymi, które mnie pobudzają, dlatego wciąż szukam tego, co na mnie działa najmocniej. Zmieniam zajęcia, zmieniam zdanie, zmieniam myśli, zmieniam podejście. Czasami się czegoś uczepiam na dłużej, ale ostatecznie i tak od tego uciekam.
Kilka miesięcy temu postanowiłam zmienić moją filozofię życiową. Postanowiłam przestać się przejmować tym, co nie jest warte moich nerwów. Postanowiłam się nie stresować nadmiernie, nie złościć i nie smucić. Chciałam pozbyć się zbędnych emocji, żeby móc się delektować tym, czym się w życiu powinno delektować – pozytywnymi szczegółami, które często przesłonięte są przez nasze nastawienie i negatywne odczucia. Na różnorodność emocji nigdy nie mogłam narzekać. Ludzie wokół od zawsze zapewniali mi niezliczoną ilość doznań, przez co dramaty (często z dużą dozą komedii) stały się moją specjalnością. Dramaty jednak mają to do siebie, że człowiek się nimi przejmuje, bierze do siebie i rozpamiętuje. Analizuje, przeżywa na nowo, wyrywa sobie włosy z głowy, umiera ze smutku albo robi coś jeszcze innego.
Ludzie znają mnie bardziej jako osobę, z której (lub z którą, mam nadzieję) wszyscy się śmieją. Zawsze liczą na to, że powiem coś zabawnego i dlatego chyba coraz częściej zauważam, że nawet wykładowcy nie traktują mnie do końca poważnie. Z jednej strony trochę mnie to przeraża, a z drugiej myślę sobie, że ci, którzy powinni, wiedzą, że i mnie dopadają skutki życiowych dramatów. Czasami nawet dopadają i nie chcą puścić przez długi czas. Łapię doły, jak wszyscy, wkręcam sobie smutki. Czepiam się jakichś wyimaginowanych uczuć, które wydają mi się nie do ogarnięcia, które przejmują kontrolę nad moim całym światem. Zamiast widzieć pozytywy, skupiam się na tym, co najgorsze, a co zazwyczaj rodzi się w mojej głowie z nudów. Odkąd stwierdziłam, że moje problemy są tak duże, jak duże je sama uczynię, staram się wprowadzać moją filozofię w życie. Nie jest to łatwe, ale przy odrobinie samozaparcia, można nauczyć się pozytywnego myślenia. Jeśli się tylko chce, można próbować żyć tak, by rzeczy, które nam się przytrafiają nie były ciągłymi dramatami, problemami, komplikacjami, a raczej wprowadzały smaczki, urozmaicały życie, kształtowały to, kim jesteśmy i czego chcemy. Wbrew pozorom z każdej dramatycznej sytuacji można wyciągnąć jakieś wnioski, dowiedzieć się czegoś o sobie i innych, zamiast skupiać się tylko na tym, jaką jest się ofiarą niesprawiedliwości losu i zastanawiać się, czemu akurat nam w życiu nie wychodzi. Gdy tylko odsunie się od siebie negatywne myśli, można osiągnąć niezachwiany spokój i taki stan umysłu, w którym w końcu dostrzega się te piękne szczegóły wokół, nie tracąc energii na niepotrzebne smutki.
Jednak czasami kiedy już się jest w takim pozytywnym transie i wszystko wydaje się piękne i na miejscu, zdarza się coś nieoczekiwanego. A gdy los znienacka rzuca kłody pod nogi, nawet mimo szczerych chęci, człowiek poddaje się negatywnej energii i traci motywację, a uśmiech zastępuje smutna buzia. Mnie również dopada czasami to uczucie, gdy wydaje mi się, że już nic mnie dobrego w życiu nie spotka. Już się nigdy nie zakocham, nie znajdę swojej pasji, nie zrealizuję najskrytszych marzeń czy planów. I że już będzie tylko smutno i samotnie, i w ogóle beznadziejnie. Bo czy może mi się przytrafić coś lepszego niż to, co mi się już przytrafiło?
A potem sobie myślę, że to jakaś głupota. Przecież mam dwadzieścia dwa lata. Biorąc pod uwagę fakt, że zaczęłam w pełni świadomie i bardziej intensywnie przeżywać wszystko, gdy byłam czternastolatką – to tylko tak naprawdę przez ostatnie osiem lat działo się coś przewrotnego. A czym jest osiem lat w porównaniu do siedemdziesięciu ośmiu, które zamierzam jeszcze przeżyć?
Mogę się spokojnie otrząsnąć z kolejnego dramatu, z uśmiechem na twarzy iść przez życie i z niecierpliwością wyczekiwać nowych, cudownych doznań, które po raz kolejny zmienią mój świat.

A jak się zrobi nudno, to coś się wymyśli. Co się będę przejmować.


Izka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz