Translate

czwartek, 15 maja 2014

SŁOWIANKI.

     Mimo że wydaje mi się, że patriotyzm i poczucie jakiejkolwiek przynależności powoli zanikają, zaskoczeniem dla mnie jest to, jak wielkim powodzeniem cieszą się ostatnimi czasy utwory o zabarwieniu pro-słowiańskim. Być może nie jest to przejaw dumy ze swojego pochodzenia, a raczej oznaka samouwielbienia, bo w końcu teksty piosenek bez ogródek chwalą fizyczne walory Słowianek. Na pytanie skąd się biorą pomysły na taką, a nie inną formę utworu, padają odpowiedzi, że to wszystko po to, by pokazać (być może nie do końca w poważny sposób), że kobiety to nie tylko piękno, ale i siła, i intelekt. I wszystko byłoby całkowicie w porządku, gdyby nie to, że to nie ma żadnego sensu.
      Oglądając większość powstających ostatnio teledysków i reklam, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ta siła i intelekt nie ma tu nic do rzeczy. Wszystko przepełnione jest, owszem, przyjemnymi dla oka obrazami, ale zdecydowanie nie powoduje rozmyślań o tym, jak oczytane i obyte są wijące się tancerki. Po co więc tłumaczenie, że pokazanie falujących biustów i dość dwuznacznych choreografii, ma na celu ukazanie, jak bogata intelektualnie jest nasza kultura. Czy wiara w to, że odsłanianie biustu lub noszenie szokująco krótkich spodenek rzeczywiście jest dowodem mądrości i siły, nie jest tak naprawdę objawem głupoty? Trudno jest mi uwierzyć, że moje IQ ma jakikolwiek wpływ na jędrność moich pośladków i kształt piersi oraz że stopień zaawansowania mojego negliżu świadczy o moim niebywałym intelekcie i sile mojego charakteru. Prawda jest taka, że jeśli decyduję się pokazać w jakiś szczególny sposób swoje atuty, to na pewno nie dlatego, że chcę podkreślić, jak bardzo jestem inteligentna, a raczej dlatego, że chcę przykuć czyjąś uwagę. Przyciągnąć wzrok, pokazać to, „co mama w genach dała”. Podciąganie do tego jakiejkolwiek innej teorii totalnie mija się z celem.
     Nasuwa mi się, jako jednej z zachwalanych Słowianek, pytanie: dlaczego w ogóle nachodzi mnie czasami ochota pokazywania mniejszej lub większej części mojego kobiecego ciała? Czy to rzeczywiście doprowadzi do tego, że kiedy już ktoś się napatrzy na moje kształty, to w końcu doceni moją osobowość? Nie sądzę. Jedynym trafnym wnioskiem jest to, że również ja padłam ofiarą współczesnych „wymogów” dotyczących tego, jak kobieta powinna wyglądać, aby postrzegano ją jako atrakcyjną i interesującą. Jak powinna się prezentować (albo może kreować), by ktoś ją dostrzegł, docenił i szanował. Jeśli jedynym sposobem popularnych artystów na pokazanie zalet (również tych intelektualnych) słowiańskich kobiet jest pokazanie w zwolnionym tempie ich kuso odzianych pośladków, to jako jedna z wielu kobiet, muszę w końcu poddać się myśli, że to właśnie to, czym obdarzyła mnie natura definiuje moją jakość.
     Myślę, że w dzisiejszych czasach niezwykle trudno jest być kobietą. Każda z nas, niezależnie od tego kim jest, jak wygląda i ile ma lat, odczuwa niesłychaną presję, by zbliżyć się choć trochę do ideału kobiecości. I co śmieszne, dla większości ten ideał jest prawie taki sam i tak samo niedościgniony. Nogi muszą być długie i smukłe, ale nie za chude i niezbyt kościste. Brzuch płaski, ale tyłek wypukły. Sylwetka powinna być wysportowana, ale niezbyt umięśniona i też nie za szczupła. Jednocześnie, przy filigranowej posturze, biust powinien być raczej obfity, ale nie za duży, bo to też nie dobrze - w końcu nic nie może obwisać i nic nie może się marszczyć. Kolor włosów jest nieistotny, dopóki są piękne, długie, gęste i błyszczące. Paznokcie zawsze idealne, oczy, usta i nosek bez skazy. Idealna kobieta się nigdy nie poci, nie męczy, zawsze ma dobry humor, a na jej twarzy widnieje szczery uśmiech pełen perfekcyjnych, białych zębów. Wszystko to niezależnie od pory dnia i nocy. W podświadomości mamy zakodowane, że to, jakie teraz jesteśmy, jest od tego ideału niezwykle dalekie, więc zadręczamy się dzień w dzień tysiącem wyrzeczeń, restrykcji, porannych rytuałów, podczas których topimy się w oceanie kompleksów i złych myśli. Bo przecież wciąż jest źle, wciąż tak daleko do upragnionego wyglądu. I jak tu nie zwariować?!
     Choć piękno zewnętrzne powinno być mniej istotne niż to, co mamy w głowach, trudno jest o tym pamiętać, gdy wokół pełno znaków, że to właśnie w nasz wygląd powinno się więcej inwestować niż w nasz umysł. Kiedy artyści mówią o sile i intelekcie polskich kobiet, po czym oglądając ich teledyski dostaje się oczopląsu od trzęsących się pup, to trudno się oprzeć wrażeniu, że to właśnie te nasze tyłki i biusty reprezentują to, kim w rzeczywistości jesteśmy. Przy takim przekazie przynajmniej mój umysł się wyłącza i mimo usilnych prób docenienia tekstu utworu i intencji autorów, myśli zaczynają krążyć gównie wokół tego, że w przeciwieństwie do mnie, pokazane w klipie tancerki nie mają cellulitu. I tak błędne koło się zamyka.
     Nie mam nic przeciwko pokazywaniu swoich atutów, byciu sexy i celebrowaniu swojej kobiecości. Jestem wrażliwa na piękno, również ludzkiego ciała. Jednak będąc młodą kobietą, która jest czymś więcej niż tylko tym, co ma z przodu i z tyłu, czasami wydaje mi się, że powoli zapominamy, co tak naprawdę jest w każdym z nas ważne oraz że istnieje wiele sposobów, żeby zaprezentować swoje piękno – nie tylko to zewnętrzne, ale też siłę, mądrość i niepowtarzalność. Media, które wysyłają tak mylny przekaz, manipulują nas do postrzegania siebie nawzajem w zupełnie nieodpowiednich kategoriach. Kreując taki obraz kobiet wpływają na to, jak patrzą na nas mężczyźni i jak patrzymy na siebie same. I właśnie przez to, zamiast cieszyć się z tego, co mamy, jakie jesteśmy i co rzeczywiście dostałyśmy w genach, ciągle czujemy się gorsze i ciągle wydaje nam się, że to, jak wyglądamy jest ważniejsze od naszej osobowości. Warto się zastanowić, czy przypadkiem nie dajemy się zwieść na złą drogę, bo mimo że taka wizja kobiet może być tylko żartobliwą karykaturą, to i tak ukazuje w dużej mierze prawdziwy obraz tego, jak widzą i czego oczekują od nas inni. Ja osobiście wolę wierzyć, że rzeczywiście wywodzę się z kultury pełnej znających swoją prawdziwą wartość, mądrych i silnych kobiet, a nie tylko cycatych i „rozgrzewających jak wódka”.
   
    Szkoda tylko, że o istnieniu tych mniej widocznych zalet trzeba dodatkowo wspominać albo bezskutecznie doszukiwać się ich wśród trzęsących się biustów.

Izka

piątek, 3 stycznia 2014

POSTANOWIENIA.

        Nowy rok bywa dla wszystkich czymś wyjątkowym. Nie chodzi oczywiście o jeden konkretny dzień, który poprzedza niezapomniana impreza (chociaż i ten sposób zaakcentowania „nowego początku” coś w sobie ma). Świadomość zakończenia kolejnego rozdziału w swoim życiu, jakim był dany rok, sprawia, że ten nadchodzący napawa każdego z nas nadzieją na zmiany, nowości i kolejne niesamowite przygody.
      Dla wielu z nas jest to moment, w którym najlepiej jest rozpocząć pracę nad postanowieniami - stosowania diety cud, misji czytania większej ilości książek, regularnego chodzenia na siłownię, bycia lepszym człowiekiem, podjęcia trudnych życiowych decyzji. Niezależnie od tego, co nas dręczyło w roku poprzednim, mamy nadzieję, że rok kolejny będzie lepszy, bardziej udany, bardziej bogaty w sukcesy. Dla wielu jednak praca nad postanowieniami to po prostu walka z wiatrakami. Wystarczy dzień, tydzień, miesiąc, a wszystkie plany idą w kąt.
       Zastanawiam się czasami dlaczego tak jest. Dlaczego tak często nie potrafimy wytrwać w swoich postanowieniach. Dlaczego wprowadzanie nawet najmniejszych zmian okazuje się tak trudne.
       Często żyjemy przeszłością albo nadmiernie skupiamy się na problemach teraźniejszości. Snujemy plany, ale jesteśmy na tyle ich niepewni, że często brakuje nam odwagi, by je realizować. Uczepiamy się przeszłości, bo ona jest bezpieczna. Wszystko, co miało nas zaskoczyć, już nas zaskoczyło, już przeszliśmy do porządku dziennego z wszystkim tym, co nas spotkało. Emocje – te złe i dobre – opadły i możemy bez obaw, na spokojnie poukładać sobie swoje dotychczasowe życie. Właśnie dlatego najtrudniej jest się pożegnać z przeszłością i teraźniejszością. Przyszłość jest niepewna, pełna niespodzianek, rozterek. Nieważne jak dokładnie sobie wszystko zaplanujemy, możemy być pewni, że na naszej drodze, prędzej czy później, pojawią się jakieś przeciwności. Mimo że wykres szczęścia w życiu jest raczej funkcją sinusoidalną, a przez większość czasu ma się wrażenie, że los się odmieni, są rzeczy których jednak uniknąć się nie da. I nie we wszystkich rzeczach da się znaleźć jakiś pozytyw, który pozwoli się odbić od dna.
   Ta świadomość nieuchronnego niepowodzenia, a może raczej czyhającej gdzieś przeciwności, doprowadza nas do przedwczesnej paranoi. Co będzie, jeśli coś nam nie wyjdzie? Co jeśli plan A, B i C zawiedzie? Jak kierować swoim życiem, by marnować jak najmniej czasu na pomyłki? Co, jeśli coś nas ominie?
        Wydaje mi się, że żyjemy w czasach, w których generowanie obrazu przyszłości kreuje niewyobrażalną presję. W czasach, w których, szczególnie młodzi ludzie, żyją w ciągłej obawie o to, jak będzie wyglądało ich życie za miesiąc, rok i więcej. Wisi nad nami niezniszczalna chmura zmartwień, którą generuje nie tylko nasze otoczenie, ale również my sami, chcąc sprostać wymaganiom, które stawia nam życie w takim, a nie innym świecie. Dlatego nie wybiegamy zbyt daleko w przyszłość. Żyjemy tu i teraz. Owszem, chwytamy się postanowień noworocznych, ale i tak w większości przypadków mamy świadomość, że nie będzie to trwać długo. Planujemy swoje życie do jakiegoś czasu – do końca semestru, pobytu w danym miejscu, jakiegoś charakterystycznego punktu w najbliższej przyszłości. Zamiast patrzeć w siną dal, patrzymy raczej pod nogi albo dwa metry w przód, czasami oglądając się za siebie.
      Trudno powiedzieć, czy coś w tym złego, szczególnie z perspektywy ofiary tej unoszącej się wokół presji. Z jednej strony mam poczucie, że się nie skupiam na tym, co będzie, że się za wcześniej poddaję, jeśli chodzi o moje pomysły i plany, że marnuję czas na głupoty, zamiast umiejętnie pracować nad strategią podboju świata w moim dorosłym życiu. Z drugiej strony jednak mam anarchistyczną ochotę „olania systemu” i delektowania się chwilą obecną. Kosztowania dobrego jedzenia i trunków, podziwiania uroków przyrody, obserwowania ludzi wokół mnie. Odsuwam myśli o planowaniu mojej przyszłości... w przyszłość. Hamuję trochę, zanim włączę się do tego życiowego wyścigu, ustępuję pierwszeństwa – wydarzeniom, które mogą zmienić mój tor i ludziom, którzy już wiedzą, czego chcą.
        Bo na razie to, co widzę na początku tego roku, to niezliczona ilość możliwości i niewiadomych. I już wiem, że nie uniknę jazdy pod górkę. Jednak dopóki mogę, korzystam z chwilowego postoju, rozglądam się dookoła i podziwiam to, co widzę. Nie patrzę już jednak zbyt dużo na to, co przejechałam, zamiast zawracać się i krążyć, wspominam drogę, ale patrzę do przodu. Mając w głowie kilka nowych postanowień (z mocnym postanowieniem realizacji pomysłów i planów na czele), szykuję się do dzikiej jazdy w potencjalnie najbardziej przełomowy rok w życiu, z zamysłem podjęcia kilku ważnych decyzji po drodze.
         
         A jak to wyjdzie, to się okaże.


Izka