Nowy rok bywa dla
wszystkich czymś wyjątkowym. Nie chodzi oczywiście o jeden
konkretny dzień, który poprzedza niezapomniana impreza (chociaż i
ten sposób zaakcentowania „nowego początku” coś w sobie ma).
Świadomość zakończenia kolejnego rozdziału w swoim życiu, jakim
był dany rok, sprawia, że ten nadchodzący napawa każdego z nas
nadzieją na zmiany, nowości i kolejne niesamowite przygody.
Dla wielu z nas jest to
moment, w którym najlepiej jest rozpocząć pracę nad
postanowieniami - stosowania diety cud, misji czytania większej
ilości książek, regularnego chodzenia na siłownię, bycia lepszym
człowiekiem, podjęcia trudnych życiowych decyzji. Niezależnie od tego, co nas
dręczyło w roku poprzednim, mamy nadzieję, że rok kolejny będzie
lepszy, bardziej udany, bardziej bogaty w sukcesy. Dla wielu jednak
praca nad postanowieniami to po prostu walka z wiatrakami. Wystarczy
dzień, tydzień, miesiąc, a wszystkie plany idą w kąt.
Zastanawiam się czasami
dlaczego tak jest. Dlaczego tak często nie potrafimy wytrwać w
swoich postanowieniach. Dlaczego wprowadzanie nawet najmniejszych
zmian okazuje się tak trudne.
Często żyjemy
przeszłością albo nadmiernie skupiamy się na problemach
teraźniejszości. Snujemy plany, ale jesteśmy na tyle ich niepewni,
że często brakuje nam odwagi, by je realizować. Uczepiamy się
przeszłości, bo ona jest bezpieczna. Wszystko, co miało nas
zaskoczyć, już nas zaskoczyło, już przeszliśmy do porządku
dziennego z wszystkim tym, co nas spotkało. Emocje – te złe i
dobre – opadły i możemy bez obaw, na spokojnie poukładać sobie
swoje dotychczasowe życie. Właśnie dlatego najtrudniej jest się
pożegnać z przeszłością i teraźniejszością. Przyszłość
jest niepewna, pełna niespodzianek, rozterek. Nieważne jak
dokładnie sobie wszystko zaplanujemy, możemy być pewni, że na
naszej drodze, prędzej czy później, pojawią się jakieś
przeciwności. Mimo że wykres szczęścia w życiu jest raczej
funkcją sinusoidalną, a przez większość czasu ma się wrażenie,
że los się odmieni, są rzeczy których jednak uniknąć się nie
da. I nie we wszystkich rzeczach da się znaleźć jakiś pozytyw,
który pozwoli się odbić od dna.
Ta świadomość
nieuchronnego niepowodzenia, a może raczej czyhającej gdzieś
przeciwności, doprowadza nas do przedwczesnej paranoi. Co będzie,
jeśli coś nam nie wyjdzie? Co jeśli plan A, B i C zawiedzie? Jak
kierować swoim życiem, by marnować jak najmniej czasu na pomyłki?
Co, jeśli coś nas ominie?
Wydaje mi się, że
żyjemy w czasach, w których generowanie obrazu przyszłości kreuje
niewyobrażalną presję. W czasach, w których, szczególnie młodzi
ludzie, żyją w ciągłej obawie o to, jak będzie wyglądało ich
życie za miesiąc, rok i więcej. Wisi nad nami niezniszczalna
chmura zmartwień, którą generuje nie tylko nasze otoczenie, ale
również my sami, chcąc sprostać wymaganiom, które stawia nam
życie w takim, a nie innym świecie. Dlatego nie wybiegamy zbyt
daleko w przyszłość. Żyjemy tu i teraz. Owszem, chwytamy się
postanowień noworocznych, ale i tak w większości przypadków mamy
świadomość, że nie będzie to trwać długo. Planujemy swoje
życie do jakiegoś czasu – do końca semestru, pobytu w danym
miejscu, jakiegoś charakterystycznego punktu w najbliższej
przyszłości. Zamiast patrzeć w siną dal, patrzymy raczej pod nogi
albo dwa metry w przód, czasami oglądając się za siebie.
Trudno powiedzieć, czy
coś w tym złego, szczególnie z perspektywy ofiary tej unoszącej
się wokół presji. Z jednej strony mam poczucie, że się nie
skupiam na tym, co będzie, że się za wcześniej poddaję, jeśli
chodzi o moje pomysły i plany, że marnuję czas na głupoty,
zamiast umiejętnie pracować nad strategią podboju świata w moim
dorosłym życiu. Z drugiej strony jednak mam anarchistyczną ochotę
„olania systemu” i delektowania się chwilą obecną. Kosztowania
dobrego jedzenia i trunków, podziwiania uroków przyrody,
obserwowania ludzi wokół mnie. Odsuwam myśli o planowaniu mojej
przyszłości... w przyszłość. Hamuję trochę, zanim włączę
się do tego życiowego wyścigu, ustępuję pierwszeństwa –
wydarzeniom, które mogą zmienić mój tor i ludziom, którzy już
wiedzą, czego chcą.
Bo na razie to, co widzę
na początku tego roku, to niezliczona ilość możliwości i
niewiadomych. I już wiem, że nie uniknę jazdy pod górkę. Jednak
dopóki mogę, korzystam z chwilowego postoju, rozglądam się
dookoła i podziwiam to, co widzę. Nie patrzę już jednak zbyt dużo
na to, co przejechałam, zamiast zawracać się i krążyć,
wspominam drogę, ale patrzę do przodu. Mając w głowie kilka
nowych postanowień (z mocnym postanowieniem realizacji pomysłów i
planów na czele), szykuję się do dzikiej jazdy w potencjalnie
najbardziej przełomowy rok w życiu, z zamysłem podjęcia kilku
ważnych decyzji po drodze.
A jak to wyjdzie, to się
okaże.
Izka
miej nadzieję, że się uda ;) powodzenia :)
OdpowiedzUsuńagrestaco6.blogspot.com