Translate

wtorek, 14 maja 2013

SAMODZIELNOŚĆ.

Jestem jedynaczką. Dla wielu ludzi oznacza to, że zapewne jestem rozpieszczona, nie potrafię się dzielić, chcę, żeby mi non stop dogadzano. Wolę myśleć, że jest inaczej, ale nie mnie to oceniać.
Tak czy inaczej nie mogę powiedzieć, że mi czegokolwiek w dzieciństwie brakowało. Moi rodzice zawsze starali się zapewnić mi to, co najlepsze, zachęcali do rozwijania swoich zainteresowań, dawali mi szanse robienia rzeczy, których zapewne część dzieci nie miała okazji spróbować. Mimo to zawsze ubolewałam nad tym, że nie mam rodzeństwa. Wydawało mi się, że wszyscy moi bliscy kiedyś umrą, a ja zostanę sama. Mimo że prosiłam mamę, żeby mi kupiła braciszka, nie doczekałam się tego niestety i od zawsze sama musiałam sobie zapewniać rozrywki lub szukać przyjaciół.
Choć wychowywałam się sama, nigdy nie czułam się rozpieszczana. Być może z powodu tego, co u mnie w rodzinie żartobliwie określa się „zimnym chowem”. Wszyscy moi bliscy dbali o to, żebym była samodzielna, odpowiedzialna, umiała sobie w życiu poradzić. Nikt nade mną nie skakał, nie głaskał po główce, nikt się nade mną nie użalał. Dopóki było to możliwe, miałam sama próbować pokonywać trudności, załatwiać sprawy i rozwiązywać problemy. Dzięki byciu najstarszą wnuczką moich dziadków oraz córką i synem w jednym dla moich  rodziców, nabyłam mnóstwo umiejętności, mniej lub bardziej przydatnych - od gotowania czy robienia na drutach po udrożnianie rur i obsługę szlifierki. Za wszystko to jestem im naprawdę wdzięczna. Nauczyłam się kombinować, gdy czegoś nie wiem i samodzielnie szukać rozwiązań, bo z jakiegoś powodu nie lubię prosić innych o pomoc. Nie jestem też przyzwyczajona do tego, że ktoś się o mnie martwi. Przynajmniej nie do tego, że martwi się jawnie i o tym mówi. Dziwnie się czuję, gdy moi znajomi interesują się, czy dotarłam w całości do domu, czy przypadkiem nie odeszłam z kimś obcym, czy wszystko u mnie w porządku. Chcą mnie odprowadzać albo przygarniać. A ja się za każdym razem dziwię, o co im chodzi. Mimo że doceniam ich wysiłki, wychodzę z założenia, że potrafię o siebie zadbać.
Jednak często gdy obserwuję samą siebie i ludzi wokoło, nasuwa mi się pytanie, do czego taka niezależność prowadzi. Każdy z nas, nawet ci najbardziej samodzielni, czasami potrzebują wytchnienia. Od czasu do czasu przychodzi moment, kiedy już się nie chce robić wszystkiego samemu, gdy chce się to wszystko rzucić i poczekać, aż ktoś zrobi coś za nas. Ciągłe ogarnianie wszystkiego i trzymanie ręki na pulsie męczy i frustruje, ale gdy większość jest przyzwyczajona, że sobie ze wszystkim radzimy, wychodzimy z założenia, że musimy sprostać tym wymaganiom. Często też sami nie chcemy nikogo zawieść, poddając się chwili słabości, więc mimo braku sił i chęci, robimy to, czego oczekują inni. Dorastanie, niestety lub na szczęście, wiąże się z usamodzielnianiem. Mimo że wychowujemy się i idziemy przez życie wśród ludzi, odpowiedzialność za nasze życie przypada nie komu innemu, a nam. I gdzieś po drodze, w trakcie dojrzewania stajemy się prawie całkowicie niezależni od innych. Nie chodzi oczywiście o przyjaźnie i znajomości, chociaż i one ulegają zmianom. Niezależnie od planów innych, układamy sobie życie, wybieramy ścieżkę, którą będziemy podążać, realizujemy pomysły. Stopniowo coraz mniej chcemy i coraz mniej możemy polegać na innych.
Nie mniej jednak przyjaźń i relacje międzyludzkie odgrywają niemałą rolę. Im starsi jesteśmy, tym bardziej oddalamy się od swoich przyjaciół i bliskich z dzieciństwa. Nie dlatego, że przestajemy się lubić, ale dlatego, że usamodzielniamy się w kontekście zakładania swojej rodziny, robienia kariery. Jeszcze nawet nie zaczęliśmy na dobre dorosłego życia, a jak często się zdarza, że tracimy z kimś kontakt tylko dlatego, że pochłonął go nowy związek. Jak często zdarza się, że zaszywamy się i stronimy od ludzi dlatego, że tego związku nie mamy. Tworzymy sobie świat w pojedynkę. Mając poczucie, że wszystko możemy zrobić sami, w pewnym momencie obecność innych nie jest już nam tak niezbędna, jak by się mogło wydawać. Przynajmniej nie w kwestii szukania pomocy czy opieki. Zapominamy o tym, że mimo wszystko mamy wokół siebie (może nie na co dzień) ludzi, na których możemy polegać.
W wirze pracy, obowiązków, rozwiązywania codziennych problemów nie zauważamy, że mimo iż cenimy sobie swoją niezależność, często po prostu potrzebujemy kogoś, kto nie tyle będzie nas trzymał za rękę, ale stał obok i wspierał w tej naszej podróży przez życie. Gdy zwalniamy tempo i zauważamy, że jesteśmy sami, doceniamy troskę najbliższych, niezależnie czy o niej mówią, czy tylko nad nami czuwają. Świetnie podążać własnymi ścieżkami, ale w momentach słabości nie należy zapominać o tym, że czasami warto porzucić swoją dumę i uprzedzenia i zwrócić się o pomoc do tych, którym na nas zależy.
Bo choć dobrze jest żyć w pojedynkę, to niedaleko jest od samodzielności do samotności.


Izka

1 komentarz:

  1. Też jestem jedynaczką.
    Też jestem "zosią-samosią".
    I też czasem pięty podgryza mi samotność. Ciekawe co będzie dalej, nie? :)
    K.M.

    OdpowiedzUsuń